niedziela, 10 listopada 2019

Akt 2: Śmiech to zdrowie

    Szaleństwo. Nikt mi się nie może oprzeć. Pan Ibrahim dał mi broń absolutną. Cały świat bombarduję uśmiechami. Nikt nie traktuje mnie już jak psa.
Éric-Emmanuel Schmitt – Pan Ibrahim i kwiaty Koranu

Co dostaniesz, gdy połączysz chorego psychicznie samotnika ze społeczeństwem, które opuszcza go i traktuje jak śmiecia? (...) Powiem ci, co dostaniesz. To, na co kurwa zasługujesz!
the Joker 2019

    Słońce wisiało już wysoko na niebie, gdy dzielni obrońcy Paryża wrócili do swoich łóżek. Miasto wróciło do normy, ale ludzie wciąż bali się wyjść na zewnątrz. Patrzyli zza na wpół zasłoniętych rolet i szukali wzrokiem nadchodzącego niebezpieczeństwa. Szczęśliwy Traf uleczył tych, którzy mieli pecha 'zabawić się' z akumą, ale nie wymazał wspomnień potężnych łap rozrywających ich na strzępy. Wszyscy uważali tę noc i poranek za najgorsze i najstraszniejsze chwile ich życia- nie mieli pojęcia, że prawdziwy koszmar dopiero nadchodził. Stawiał niespieszne, ociężałe kroki, kierując się powoli, lecz nieubłaganie w stronę miasta, które wciąż musiało się nauczyć nie wierzyć w bajkową zasadę, że 'dobro zawsze zwycięża'. Inaczej czekało ich ciężkie rozczarowanie.
  Gdy paryżanie otrząsali się z szoku i powoli uspokajali, pięcioro młodych herosów leżało bezpiecznie w swoich pokojach i marzyło o śnie, który skutecznie odpędzał obraz bezkresnych, czarnych ślepiów i zbroczonych krwią szponów. Każdy szelest wydawał się być gardłowym warkotem, a każdy cień- przecinającym powietrze kolcem jadowym, mknącym w ich kierunku.
   Alya i Nino spędzili następne kilka godzin rozmawiając ze sobą przez telefon, dzieląc się słowami otuchy i niemrawymi żartami, które w obliczu ataku Scorpiusa wydawały się nie na miejscu, jakby miasto wciąż chciało opłakiwać to, co się stało, nawet jeśli magia Biedronki wszystko naprawiła. W końcu zasnęli, przytuleni do dotykowych ekranów swoich smartphone'ów i wsłuchując się w uspokajający się powoli oddech dochodzący z drugiej strony niewidocznego sznurka połączenia.          Chloe leżała w swoim ogromnym łóżku, wciąż w tej samej pidżamie, którą miała na sobie gdy Biedronka przyszła do niej z Miraculum i prośbą o pomoc. Chociaż Szczęśliwy Traf zmył z niej karmazynową plamę, nie opuszczało jej to osobliwe, lepkie uczucie ciepłej, gęstej krwi spływającej po schłodzonej porannym wietrzykiem skórze, wsiąkającej w ubranie, rozkwitając jak czerwony kwiat na materiale. Chloe wiedziała, że nieprędko zapomni to uczucie, tak samo jak wbijający się w brzuch, zaskakująco zimny kolec. Zaskoczenie, strach i poczucie bezradności miały pozostać z nią jeszcze długo. Teraz, gdy siedziała sama w wielkim i luksusowym pokoju, tuląc do piersi pluszowego misia i zajadając się czekoladkami, nagle poczuła się strasznie samotna, a przestronne cztery ściany wydały się jej wyjątkowo przytłaczające.
   Marinette leżała plackiem na zmiętej kołdrze, zbyt zmęczona, żeby choćby ją odsunąć, w duszy wychwalając pana Damoklesa za odwołanie szkoły 'dla bezpieczeństwa uczniów'. Wiedziała, że po prostu chciał wbić się w swój tandetny kostium i paradować po ulicach, bardziej powodując niebezpieczne sytuacje, niż im zapobiegając, ale nie miała siły iść za nim i pilnować, aby nic mu się nie stało. Był już dużym chłopcem, mógł chwilę pobawić się na dworze bez opiekunki. Jedynym planem na cały nadchodzący dzień było leżenie w bezruchu, aż wizja tego potwora zniknie z jej głowy, albo aż będzie tak wyczerpana, że zaśnie pomimo nawiedzających ją koszmarów. Wszystkie nadzieje na ciszę i spokój przepędził odgłos jej taty siłującego się z klapą w podłodze, która prowadziła z jej pokoju na poddaszu do połączonego z kuchnią salonu. Klapa miała ostatnio przykry zwyczaj 'zacinania się' na noc, co łatwiej było wyjaśnić niż jej ciągłe znikanie bez śladu, ale miało jeden poważny minus- żeby cudownie naprawić zaciętą klapę, Marinette musiała zwlec się ze słodkiego, miękkiego łóżka i otworzyć metalową kłódkę, która zapewniała jej nocnym patrolom tajność. Na początku Mari postanowiła zignorować hałas i kontynuować wegetację, licząc, że tata się znudzi i da jej spokój, ale po chwili do odgłosu uderzanego raz po raz wieka klapy doszedł zmartwiony głos, pytający 'czy wszystko w porządku?', którego nie mogła tak łatwo puścić mimo uszu.
-Aaaaagh...Tikki...-Zaczęła, ale gdy zobaczyła swoje maleńkie kwami śpiące kamiennym snem na poduszce obok niej, nie miała serca jej budzić. Dla niej ta noc była równie wyczerpująca, co dla Mari. Zamiast tego z trudem podniosła się i zeszła po drabince na ziemię, mrucząc coś co mogło znaczyć 'już idę'. Otworzyła kłódkę i spróbowała unieść klapę, ale zanim jej się to udało, potężne ramię Toma Dupain rąbnęło w nią z całej siły, prawie wyrywając klapę z zawiasów. Mari pisnęła mimowolnie, odskakując w tył, a jej tata wsunął głowę przez otwór, racząc ją przepraszającym uśmieszkiem spod bujnego wąsa.
-Wybacz, że Cię budzę, skarbie, ale chciałem się upewnić, że wszystko w porządku. Nad ranem zaatakowała nowa akuma i...
-Akuma?- Pomimo wyczerpania, Marinette spróbowała udać zaskoczenie, co ani trochę się jej nie udało. No co ty nie powiesz, tato...
-Tak! Ogromna i straszna!- Tom albo zignorował znużenie w głosie jedynej córki, albo, co bardziej prawdopodobne, po prostu go nie zauważył. Uniósł obie ręce nad głowę, wykręcając palce jak szpony, pokazując jak 'ogromny' był stwór, o którym mówił. Mari doskonale wiedziała, że pomimo imponującej postury, jej tata nie był nawet bliski oddania prawdziwego rozmiaru Scorpiusa, ale nie wspomniała o tym ani słowem, bo skąd miałaby to wiedzieć? Zamiast tego ziewnęła cicho, zakrywając usta wierzchem dłoni i przeciągnęła się.
-Ale wszystko dobrze się skończyło...- w ostatniej chwili zdała sobie sprawę z pewności brzmiącej w jej głosie, więc szybko dodała.-... Prawda?- Spojrzała na rosłego piekarza, w duchu szykując się na podejrzliwe spojrzenie, ale ciepłe, brązowe oczy lśniły z ekscytacji, a ich właściciel był zbyt zajęty relacjonowaniem zażartego boju, który w większości przespał. Gestykulował przy tym żywiej od wściekłego Włocha, co ostro kontrastowało z wręcz dziecinnym podekscytowaniem rozświetlającym jego wąsate oblicze. Opowiadał, jak strasznie się bał i jak bardzo podziwiał bohaterów za tak 'sprawne poradzenie sobie' z tym potworem. Na dźwięk tych trzech słów, Marinette skrzywiła się dużo mocniej, niż pozwalały pozory nie mającej o niczym pojęcia dziewczyny. Nie mogła nic poradzić. Sprawnie? Biegaliśmy jak kurczaki bez głów! Panikowaliśmy, dawaliśmy się wodzić za nos... Chloe prawie zginęła! W tej walce jedynym sprawnym elementem był nasz przeciwnik. Poradzenie sobie też śmiesznie brzmiało w obliczu tego, jak to naprawdę wyglądało- najpierw musiał ich ratować starszy pan z garścią magicznego nie-wiadomo-czego, potem, gdy Scorpius zdążył już zdemolować miasto, zawalczyli z nim i wygrali tylko dzięki łutowi szczęścia i upartej, głupiej miłości, która popchnęła jej partnera do praktycznie samobójczego ataku. Można by użyć wielu ciekawych fraz, by określić to, co wyczyniali, ale na pewno nie 'poradzili sobie'. Rzecz jasna przemilczała te uwagi i płynnie zmieniła temat, pytając co jest na śniadanie. W tym momencie usta jej ojca wyszczerzyły się do niej spod bujnego wąsa a jego brązowe oczy zalśniły jeszcze jaśniej. To prawda, że darzył paryskich superbohaterów sympatią, ale były tylko trzy rzeczy, które Tom Dupain szczerze kochał: jego żonę, jego córkę i jedzenie.
-Dziś, z okazji wielkiego zwycięstwa naszej nieustraszonej wybawicielki mamy omlet a'la Biedronka! Nowy przepis! -Jak mała dziewczynka zszedł w podskokach ze schodków prowadzących z klapy w suficie do salonu, co w połączeniu z gabarytami szafy dwudrzwiowej dało szczerze komiczny efekt. Pomimo niedorzeczności tego pomysłu, tata skojarzył się Mari z nastoletnimi dziewczynami, które zaczynały tracić zmysły i podskakiwać z wręcz ogłuszającym piskiem na widok ulubionego celebryty. Nie dziwiła im się zbytnio, bo ona sama powstrzymywała się przed piskiem na widok pewnego złotowłosego, zielonookiego modela tylko dzięki wielogodzinnym ćwiczeniom przed jego zdjęciem. Ale co poradzić, gdy serce zaczyna bić jak szalone, a mózg rozpływa się w bezkształtną papkę i jedyne o czym możesz myśleć, to jak bardzo chciałabyś go pocałować i jak pięknie słońce pada na to prawie boskie oblicze... On był taki przystojny, taki uroczy, zabawny, inteligentny... Taki IDEALNY!
   Cichy chichot ściągnął ją na ziemię, ale Marinette nawet nie poczuła zażenowania.
przykucnęła na trzecim schodku od góry i posłała siedzącej w kuchni kobiecie spojrzenie mówiące 'jakiś problem?' co wywołało kolejną falę śmiechu. Sabine Dupain- Cheng siedziała na wysokim krześle barowym, z kubkiem parującej herbaty i ogromną porcją omletu z plasterkami pomidorów i oliwek poukładanymi w wiele małych symboli Biedronki- czerwonego okręgu z pięcioma mniejszymi, czarnymi. Jako rodowita Chinka miała typową azjatycką urodę- ciemne włosy i skośne, brązowe oczy. Do tego była naprawdę drobnej budowy, co zabawnie kontrastowało z gabarytami jej męża. By zachować resztki godności, Marinette ruszyła w dół schodów, ale najwyraźniej grawitacja miała wobec niej odmienne plany. Dziewczyna potknęła się i runęła na spotkanie z podłogą. W ostatnim momencie, gdy jej zęby miały już zostawić ciekawy ślad w panelach, złapała się prawą ręką poręczy, a siła upadku obróciła nią jak wprawny tancerz i Mari obiła sobie jedynie tyłek. Przez chwilę w kuchni panowała idealna cisza, gdy Sabine upewniała się, że ucierpiała jedynie, i tak już nadszarpnięta, godność jej ukochanej córki, po czym wybuchnęła śmiechem. Marinette próbowała posłać mamie wściekłe spojrzenie, ale nie potrafiła się na nią gniewać. Z resztą to było całkiem zabawne. Po chwili zawtórowała mamie perlistym śmiechem i w tym momencie Tom, równie zaniepokojony, co po prostu zdezorientowany nagłym napadem śmiechu kobiet jego życia, wpadł do salonu wpół ubrany w swój zwyczajny strój piekarza- nie zdążył założyć spodni, więc paradował w specjalnych bokserkach, które Mari i Sabine kupiły mu na urodziny w zeszłym roku. Były czarne w różowe i czerwone serduszka. Ów widok rozśmieszył je jeszcze bardziej, więc zamiast się uspokoić, obie zaczęły śmiać się jeszcze głośniej. Teraz Tom był już pewien, że obie zwariowały, ale gdy spojrzał w dół, na powód ich rozbawienia, po prostu przewrócił oczyma. Nic im nie było, tylko w końcu uszło z nich całe napięcie tej okropnej nocy. Wrócił do sypialni i ubrał się do końca, po czym nałożył Marinette dużą porcję omletu. Dziewczyna spojrzała na niego z wdzięcznością, ale we fiołkowych oczach wciąż migotały iskierki rozbawienia. Znowu wszystko było normalnie. Mari znowu była niezdarną córką piekarza, Paryż znów był bezpiecznym miastem miłości, a Władca Ciem chwilowo nie zaprzątał głowy dziewczyny. W końcu wszystko wracało do normy.
   By dopełnić rytuału leniwego poranka, Tom włączył telewizor, rzecz jasna ustawiony na program informacyjny. W pierwszym odruchu chciał przełączyć, ale drobna, otwarta dłoń Sabine uniosła się w górę, w internacjonalnym sygnale 'stop'. Sabi była aniołem, ale Tom wiedział doskonale, że lepiej z nią nie zadzierać bo przecież Lucyfer też nim kiedyś był...
Nadja Chamack była ubrana na czarno, jej na co dzień radosne, pełne blasku oblicze, tym razem było smutne i jakby przygaszone. Widząc tą niepokojącą zmianę, Marinette była prawie pewna, że prezenterka zaraz powie, że im się nie udało. Że nie uratowali wszystkich. Zaraz poda liczbę ofiar Scorpiusa, które zawiodła Biedronka. Których ona, Marinette, zawiodła. Gdy Nadja zaczęła mówić, Mari ledwo powstrzymała westchnienie ulgi.
-To wyjątkowo smutny dzień dla Paryża. Po długiej walce o życie odszedł znany i kochany komik, Charles Réjouissant. Od kilku lat walczył z wieloma chorobami, co jednak nie przeszkodziło mu w działaniu charytatywnym i dalszym roznoszeniu uśmiechów. Osiemdziesięciosześcioletni Charles odszedł do wieczności w Hôpital Européen Georges-Pompidou, w objęciach swoje żony, Anette Réjouissant, której towarzyszy nasz dziennikarz, Alex?- Nadja spojrzała w lewo, gdzie pojawił się drugi obraz przedstawiający rzeczonego Alexa i starszą kobietę na tle ubranego na czarno tłumu. Kobieta miała ciemną karnację i czarne, gdzieniegdzie poprzetykane siwizną, mocno kręcone włosy. Była bardzo szczupła, praktycznie na granicy chudości. Skórę miała przeoraną licznymi wąwozami zmarszczek. Nie stanowiła zbyt przyjemnego widoku, ale najstraszniejszy był uśmiech- szeroki i wymuszony, obnażał pożółkłe zęby, nadając kobiecie wręcz drapieżnego wyglądu. Mięśnie twarzy drżały lekko, nie mogąc utrzymać grymasu na zasuszonej twarzy, ale pani Anette nie zamierzała z niego zrezygnować. Piwne oczy nie wtórowały ustom w uśmiechu, pozostając śmiertelnie poważne. Wpatrywały się w kamerę bez najmniejszego ruchu czy drgnięcia powieki. Kobieta wyglądała, jakby chciała powiedzieć ‘Radujcie się, dzieci i starsi się radujcie, bo WSZYSCY UMRZECIE, a ja pożywię się waszymi truchłami!’ Marinette wyobraziła to sobie i z trudem powstrzymała się przed ponownym wybuchem śmiechu. Wiedziała, że to niestosowne, wiedziała też, że zarówno Charles Réjouissant, jak i jego żona byli dobrymi, pomocnymi ludźmi, którzy dedykowali swoje życie dzieleniem się wszystkim, co mają, a szczególnie uśmiechem, który nigdy nie spełzał z ich twarzy.  
Alec przyznał rację przedmówczyni, po czym zaczął wymieniać wszystkie zasługi zmarłego, fundacje, które założył, rodziny, które wspomógł i wiele, wiele innych. Gdy w końcu młody dziennikarz dotarł do końca listy i obdarzył siedzących przed telewizorami smutnym uśmiechem, równie szczerym, co uśmiech kobiety stojącej obok, nagle jakby przypomniał sobie o Anette, która przez całą litanię mrugnęła zaledwie trzy razy (Marinette liczyła skrupulatnie każdy skurcz powieki) Alec przypomniał widzom, kim była owa drapieżna mumia stojąca po jego lewej, po czym powiedział, że miała coś do przekazania wszystkim, których zasmuciła wiadomość o śmierci pana Réjouissant. Mari spojrzała na swoich rodziców i zobaczyła łzy błyszczące w skośnych oczach mamy jaki i napiętą minę taty, sugerującą, że z trudem trzymał emocje na wodzy. Nic dziwnego- gdy dziadek zerwał z nim kontakt i jej rodzice postanowili otworzyć własną piekarnię, to właśnie pan Réjouissant pożyczył im pieniądze. Chociaż ‘pożyczył’ to raczej niewłaściwe słowo, bo on nigdy nie spodziewał się ich zwrotu. Gdy to zaproponowali, roześmiał się szczerze i powiedział, żeby zamiast marnować je na takiego starego piernika, powinni zrobić z nich lepszy użytek i oddać je na cele charytatywne. Zrobili tak, jak powiedział, ale chcąc się mu odwdzięczyć, do końca życia mógł ‘kupować’ wszystko, co mieli w asortymencie za darmo. Mari doskonale pamiętała to wszystko, sama nawet narysowała świecówkami kupon, który miała upoważniać’ go do owej zniżki. Miała nie więcej niż pięć lat, ale wciąż potrafiła przypomnieć sobie wyraz jego twarzy, gdy nieśmiało do niego podeszła i wręczyła mu karteczkę wielkości wizytówki z nagryzmolonymi uśmiechniętymi ludzikami trzymającymi kłębki kolorowych linii, które miały być chlebem. Uśmiechnął się do niej promiennie i powiedział, że jest zaszczycony,  trzyma w ręku takie dzieło sztuki. Obiecał, oprawić je w złotą ramkę i powiesić w specjalnym miejscu, by wszyscy mogli nacieszyć się tym pięknem. Nawet po dwunastu latach, Marinette wciąż pamiętała dumę, która ją rozpierała, gdy to mówił. Nagle poczuła straszny wstyd zarówno z ulgi, która ją zalała, jak i kąśliwych komentarzy, które przewinęły się przez jej głowę. Ta kobieta właśnie utraciła ukochaną osobę i za wszelką cenę starała się pozostać uśmiechnięta. W tym momencie Anette Réjouissant zabrała głos po raz pierwszy od momentu pokazania się na ekranie. Był on zaskakująco miły i ciepły, chociaż lekko zachrypnięty.  
-Moi drodzy! Wiem, jak bardzo boli was odejście Charliego, ale mam do was pewną prośbę. Nie… Charlie ma prośbę. Jego ostatnim życzeniem było, aby pominąć całą zwyczajową żałobę- nie ubierajcie się na czarno, tylko w jaskrawe, radosne barwy. Powiedział: ‘Nie opłakujcie mnie. Celem mojego życia było wywoływanie uśmiechu, a jeśli gdy tylko zniknę za horyzontem, uśmiech znowu przysłonią łzy, będzie to znaczyło, że sknociłem sprawę. Jeśli chcecie uczcić tego starego piernika, uśmiechnijcie się za każdym razem, gdy o mnie pomyślicie.’ – Gdy skończyła mówić jej oczy zaszkliły się od łez, a twarz rozjaśnił nowy uśmiech, tym razem szczery. -Dziękuję, kochani. – W tym momencie Alex udał, że ociera łzę z oka i zaklaskał teatralnie, po czym kamera zrobiła zbliżenie na ubrany na czarno tłum żałobników za ich plecami. Anette została momentalnie zapomniana, a głos dostali ludzie, którzy wydawali się konkurować o tytuł Największej i Najgłośniejszej Płaczki. Kilku ludzi po kolei opowiadało anegdotki z życia w których wychwalali zmarłego, ale byli oni równie szczerzy, co wiarygodni. Szukali jedynie uwagi kamery i nie próbowali tego ukrywać- przepychali się, by być w centrum wizji i jeden przez drugiego wykrzykiwali, jak bardzo będą tęsknić i cierpieć po tej stracie. Marinette nie mogła na to patrzeć. Ludzie zrobili z tragedii teatrzyk i całkowicie zignorowali ostatnie słowa pana Réjouissant. Zniesmaczona przeniosła wzrok na Nadję, która właśnie słuchała uważnie szepczącej jej do ucha kobiety. W miarę, jak słyszała więcej, jej oczy robiły się coraz okrąglejsze, a skóra bledsza. Gdy bezimienna kobieta przekazała całą wiadomość, prezenterka spojrzała na nią z niedowierzaniem i przerażeniem. Czyli jednak. Pomyślała Mari. Jednak nam się nie udało. Zaraz usłyszę jak bardzo ‘sknociliśmy sprawę’. Zacisnęła powieki, szykując się na słowa potwierdzające jej obawy, ale one nie nadeszły, a w każdym razie nie w taki sposób, w jaki by się tego spodziewała.  
   Nadja wyglądała tak, jakby nagle zrobiło jej się niedobrze. Niepewnie spojrzała na kartkę z tekstem, którą dostała chwilę temu. Przygryzła wargę i czekała, aż cyrk po drugiej stronie ekranu dobiegnie końca, a ona odzyska głos i przekaże paryżanom okropne wieści. Gdy Alec i tłum płaczek zniknęli, odchrząknęła i spojrzała niepewnie przed siebie. Nie w obiektyw kamery, jak zawsze, a na kogoś stojącego za nią, jakby pytała, czy naprawdę musi to powiedzieć. Odpowiedź najwyraźniej nie była satysfakcjonująca, bo prezenterka znowu odchrząknęła i zaczęła robić to, co do niej należało- przekazywać informacje, nie ważne jak okropne by one nie były. 
-Z ostatniej chwili. Nie żyje dziesięcioletni Leonard Ramirez, znany także jako Scorpiusakuma, która zaatakowała Paryż tej nocy. - Marinette, która właśnie próbowała wziąć łyka herbaty, zakrztusiła się i zakasłała głośno. Że co?!  
-Mój Boże! Dziesięć lat? To tylko dziecko! Sabine wyglądała na równie wstrząśniętą, co jej córka. Znowu wydawała się bliska łez. - Co za okropny dzień!- Nie słysząc jej słów, jak i tysięcy podobnych, cichych werbalnych buntów śmiertelników wobec śmierci, Nadja kontynuowała.  
-Zgodnie z nagraniem z kamer monitoringu, chłopiec wrócił do domu około 5 nad ranem. Około godziny 6:30 doszło do wybuchu…         
GODZINA 6:18 
   Diana i Antonio Ramirez wymienili zmęczone i zaniepokojone spojrzenia. Od kiedy o 5:08 ich mały synek bez słowa wrócił do domu, z ciemnymi worami pod oczyma i pustym spojrzeniem, nie odezwał się do nich ani słowem, tylko zamknął się w swoim pokoju. Chcieli sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, ale za każdym razem, gdy zamierzali otworzyć dzielące ich drzwi, w głowach zaczynały wirować im niezliczone wymówki, by dać mu więcej czasu dla siebie, a wyciągnięta do klamki dłoń wydawała się ciężka, jakby zamknięto ją w złotym bloku. Zupełnie, jakby coś nie chciało, żeby mu przeszkadzali. W końcu się przemogli (A może uczucie samo ustało? Może tylko je sobie wyobrazili? Albo cokolwiek nie chciało, by przeszkadzano ich hijo pequeno*, chciało, by teraz tam weszli.) Wtedy nie mieli czasu ani chęci by się nad tym zastanawiać. Chcieli tylko przytulić kochanego malca i powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze. Antonio powoli przekręcił gałkę, jak gdyby bał się, że za drzwiami czekał na niego będzie nie Leo, a ten potwór, w którego się zamienił. Nie. Bał się, że będzie tam coś jeszcze gorszego. Nie wiedział co, ale wiedział, że było groźniejsze niż escorpio*, pod którego postacią jego synek wybrał się na nocną przechadzkę, i że było gdzieś niedaleko. Czuł obecność istoty, która emanowała odwiecznym spokojem, cierpliwie czekała na kolejny krok. Nie krok. Antonio nie wiedział, skąd miał tą pewność, ale wiedział to równie dobrze, jak fakt, że trawa jest zielona, albo że jeśli bawisz się ogniem, możesz się sparzyć. Nie krok. Akt. Istota prowadzi spektakl jak mistrz ceremonii, a my jesteśmy tylko aktorami. 
I oto nadeszła ich ostatnia scena. 
Gdy nieśmiało uchylił drzwi, te nie zaskrzypiały, jak zawsze. Jakby bały się zakłócić świętą, wręcz namacalną ciszę panującą w niewielkim pokoiku. Raz jeszcze świat wstrzymał oddech, w pełnym napięcia oczekiwaniu. Snop światła wyłonił z ciemności toporny kształt łóżka, które Antonio sam sklecił ze znalezionych desek, bo nie było ich wtedy jeszcze stać na taki wydatek. On spał z Dianą na kanapie, ale chciał, by ich synkowi było wygodnie. Łóżko było krzywe, ale spełniało swoje zadanie. Leo kochał na nim skakać. Nie zauważył nawet, że użył czasu przeszłego. Ale on już wiedział. Ich rola dobiega końca. Czas zejść ze sceny i ładnie się ukłonić. Oprócz łóżka, w rogu stała szafa. Pomalowana w barwne kształty, którym siedmioletni Leo z dumą nadał miano carros*. Były piękne. Nagryzmolone ręką dziecka, i Antonio doskonale wiedział, że bez podpowiedzi synka nigdy nie zgadłby czym są, ale były to gryzmoły jego dziecka i dla niego biły na głowę wszystkie obrazy Luwru. I to wszystko, całe wyposażenie pokoju: szafa, łóżko, kilka zabawek porozrzucanych na ziemi i dywan- brzydki i wytarty, ale miękki, przez co Leo uwielbiał na nim leżeć, gdy znikał w swoim świecie wyobraźni. Zwykły zgniłozielony chodnik, na który normalnie nikt nie zwróciłby szczególnej uwagi, bo nie był jej wart. Zwykły, brzydki, ale w tej chwili żadne z nich nie mogło oderwać wzroku od jego nierównej, postrzępionej łaty, przypominającej płat gnijącej skóry powierzchni i od siedzącego na nim dziesięcioletniego chłopca, który był całym ich światem.    
Mała, zgarbiona postać siedziała na środku niewielkiego pokoiku, na zniszczonym dywanie, twarzą zwróconą w stronę drzwi. Chłopiec, który dawniej był Łowcą Złotego Mężczyzny, nie wiedział, gdzie jest, ani czemu On chciał, by tu przyszedł, ale ani na chwilę nie pomyślał o sprzeciwieniu się. Już blisko. Koniec blisko. Nag-r-da. Vir Aureus illum exspectat* Musiał już zrobić tylko jedną rzecz. Nie było mu łatwo, bo wszystkie słowa uciekały przed nim jak ławice maleńkich, zwinnych rybek, ale Mężczyzna mu podpowiadał. Złote mruczenie w jego głowie kierowało jego ruchami i prowadziło go po ścieżce w jedną stronę- prosto w Jego objęcia.    
Leo siedział ze skrzyżowanymi nogami, nieobecnym wzrokiem wpatrywał się przed siebie i mamrotał coś w niezrozumiałym języku. Ale nie to było najstraszniejsze. Najgorszy był kanister, który dodawał całej scenie niesamowitego surrealizmu przez to, jak absurdalnie wyglądał w pokoju dziecka. Czerwony jak znak ostrzegawczy stał na kolanach chłopca, złoty płyn w środku chlupotał cicho, ledwie słyszalny przez niezrozumiałe słowa wydobywające się z dziesięcioletnich ust. Złoty płyn, który w panującym w pokoju półmroku można by pomylić z wodą, ale którego zapach, ostry i charakterystyczny, wdzierał się gwałtownie do nosa przy każdym wdechu, nie pozostawiając złudzeń. Mały Leo siedział na brzydkim dywanie, ciemne, kręcone włosy przylepiły się do dziecinnej, pozbawionej wyrazu twarzy, a pidżama do chudego, nawet jak na chłopca w jego wieku, ciałka. Skóra lśniła od złotego płynu, który spływał mu po twarzy i rękach. Wsiąknął w materiał ubrań i ten szpetny dywanik, a na końcu uformował wokół chłopca złotą kałużę. Antonio i Diana wpatrywali się w niego, sparaliżowani strachem. Obserwowali złote krople ścigające się po piegowatych policzkach i kościstych ramionach. Nagle na chwilę Leo jakby odzyskał świadomość. W brązowych oczach znowu pojawił się błysk, a usta rozszerzyły się w szerokim, dobrze im znanym uśmiechu ukazującym braki w uzębieniu. Przez chwilę uwierzyli, że wrócił ich hijito, że zaraz rozejrzy się wokoło z zdezorientowaną miną i powie, że miał dziwny sen. Tyle że chłopiec nie rozejrzał się wokoło i nie wydawał się zdziwiony, ani wystraszony. Nie odwracał spojrzenia brązowych oczu od rodziców, a z ust nie spełzał mu radosny uśmiech, ale ręce zacisnęły się mocniej na czekającym na jego kolanach kanistrze. Powoli uniósł go, wciąż na nich patrząc i przyłożył otwór do ust, które dopiero teraz przestały się szczerzyć. Zanim Antonio zdążył zrozumieć, co malec zamierzał i temu zapobiec, Leo wziął kilka dużych, łapczywych łyków, jak człowiek, który po długim wysiłku w końcu dopadł upragnioną butelkę wody. Żadne z nich nie potrafiło się ruszyć. Odwzajemniali spojrzenie ich maleńkiego synka, jednocześnie chcąc go przytulić i uratować i nie mogąc nawet drgnąć. Żołądek Antonia zacisnął się jak supeł na szyi skazańca. Płuca nabierały powietrza krótkimi, gwałtownymi zrywami, ale wydawało mu się, że się dusi. Jeszcze nigdy nie był tak przerażony. Po chwili czekania, która wydawała się trwać w nieskończoność, chociaż najszybsza z trzech wskazówek nie obiegła tarczy zegara ani razu, dziecinny głos przerwał ciszę. Brzmiała w nim radość i oczekiwanie, jak w Święta, gdy wreszcie można otworzyć prezenty. Wydawał się taki szczęśliwy.  
 - Vir demum accipiet me*, papa*! - Antonio przysiągłby, że usłyszał śmiech istoty, która do tego doprowadziła, istoty…Nie. Mężczyzny. Złotego Mężczyzny. Który obserwował jak kolejny akt jego sztuki kończy się tak, jak zaplanował. Ciepły, miły dla ucha śmiech pełen zadowolenia. Pewnie przysiągłby, ale nie zdążył nawet wymienić spojrzeń ze stojącą za nim żoną, gdy małej rączce chłopca, którego obdarto z pancerza, zalśnił płomień zapalniczki. Nie było czasu, by zastanawiać się, skąd wziął to wszystko, ani czemu ich mały hijito to robił. Nie było już nawet śmiechu Mężczyzny. Tylko ryk płomieni, ich oślepiająca jasność i pełzające po skórze języki ognia, wżerające się głęboko, pochłaniające wszystko, co napotkały. Pokoik z zaledwie dwoma meblami, zabawki, rodziców, którzy nie potrafili się ruszyć nawet gdy przed nimi eksplodowała kula ognia. Najpierw jednak połknęły w całości małego chłopca, który stracił wszystko. Ludzie odebrali mu radość i godność, bohaterowie siłę i pancerz. Ale to nie miało znaczenia, bo Mężczyzna i tak go przyjmie. Zabierze tam, gdzie nikt nie będzie się z niego śmiał i wytykał palcem. Gdzie znajdzie przyjaciół, którzy nie będą odwracać się od niego, gdy spotka ich w miejscu publicznym tylko dlatego że nie miał nowych ubrań i zabawek. Leo cieszył się, że Mężczyzna pozwolił zabrać ze sobą rodziców. Już nie będą biedni i głodni, a ich dom będzie najpiękniejszy ze wszystkich! Tam, gdzie panuje Złoty Mężczyzna miała czekać na nich kraina ze snów.  
Ale czekała jedynie śmierć.  
   -Chociaż nie możemy być pewni…- Nadia kontynuowała drżącym głosem. Jej, na co dzień niewzruszona twarz pozieleniała i pobladła jednocześnie, nawet pomimo nałożonego makijażu. - Sądząc po fragmentach nagrań, które przetrwały, chłopiec… dokonał… samospalenia. - Na dźwięk ostatniego słowa po plecach Marinette przebiegł lodowaty dreszcz. Spalenia. Wciąż pamiętała jak powietrze w jej płucach zaczęło się gotować, a asfalt pod jej stopami topić. Wiedziała, że kimkolwiek był nieznajomy o złotych oczach, był potworem, ale nigdy nie pomyślała, że ktoś zmusiłby dziecko do czegoś tak strasznego. -Oboje rodziców zostało ciężko poparzonych. Aktualnie walczą o życie w pobliskim szpitalu. -  Przez chwilę kobieta na ekranach tysięcy telewizorów stała w milczeniu, próbując dodać coś jeszcze. Zaczerpnęła powietrza i zlustrowała trzymaną oburącz kartkę zbolałym spojrzeniem, ale nie zdołała się do tego zmusić. Zakryła dyskretnie usta wierzchem dłoni i przeprosiła widzów, wychodząc z pola widzenia szklanego oka kamery pospiesznym krokiem.  
Odbiornik zamilkł, zatapiając salon w martwej ciszy. 
    Marinette zobaczyła kątem oka, że jej mama zrobiła się jeszcze bledsza niż Nadja. Jej ciemne oczy z niedowierzaniem wpatrywały się w milczący telewizor, a drobne, ale silne dłonie zaciskały się na kubku z herbatą tak mocno, że aż pobielały. Tom wbił wzrok w blat stołu, uparcie próbując odeprzeć wrażenie, że sos pomidorowy, który przygotował jako dodatek do omletów, przypomina rozlaną krew. W końcu odsunął z niesmakiem talerz. Nagle stracił apetyt.  
-Co za okropny dzień. - Wymamrotała Sabine, nie spuszczając spojrzenia z milczącego odbiornika. Marinette pokiwała niemrawo głową, przyznając mamie rację.  
Kurtyna opadła, na dobre ucinając akt pierwszy. Nikt nie bił braw. Wszyscy dobrze wiedzieli, że prawdziwe show dopiero miało się rozpocząć.  

<><><><><><><><><><><><><><><><> 

      Gdy ciche pukanie odbiło się delikatnym echem od ścian przestronnego pokoju, ledwie słyszalne przez dobiegające zza okna odgłosy miasta, które zdawało się już całkowicie zapomnieć o koszmarze ostatniej nocy, Adrien nie spał. Leżał na boku, wsłuchując się w ciche chrapanie czarnego kwami leżącego na poduszce obok niego i przygryzał dolną wargę.  
Chwilę temu spojrzał na ekran swojego telefonu i zobaczył nagłówek artykułu krzyczący z jednej ze stron z wiadomościami. Czerwone litery stylizowane tak, by wyglądały jak napisane świeżą krwią, głosiły Płomień Sprawiedliwości Dosięga Każdego. Obok widniały dwa zdjęcia. To pierwsze, rozmazane i ciemne, bez wątpienia ukazywało Scorpiusa, drugie zaś chłopca, na oko dziesięcioletniego, z ciemnymi oczami i włosami barwy czekolady skręconymi prawie jak sprężynki. Szeroko uśmiechał się do obiektywu, ukazując brak jednej z jedynek. Maleńkie piegi obsypywały nos i policzki, odcinając się mocno nawet na tle ciemnej karnacji chłopca. Adrien miał szczerze dosyć tematu akum, ale ta część o ‘sprawiedliwości’ w sumie mu odpowiadała i był ciekawy, co z tym wszystkim miał wspólnego chłopiec. Nie zastanawiając się zbytnio, otworzył artykuł.  
Pierwszy fatalny błąd. 
Na początku pojawił się krótki opis starcia z akumą, które miało miejsce tej nocy. Przytoczono wypowiedzi kilku osób, zarówno obserwujących całe zajście z daleka, jak i niedoszłych ofiar Scorpiusa. Później Adrien znalazł odpowiedź na swoje pierwsze pytanie- jak w to wszystko był zamieszany chłopiec, czy raczej Leo. Artykuł przybliżył historię chłopca, spekulując na temat powodu jego przemiany, aż w końcu doszło do ostatniego akapitu. Od reszty oddzielał go jaskrawy napis ‘Nieodpowiednie dla ludzi o słabych nerwach. Czytasz na własną odpowiedzialność’ Złotowłosy model uśmiechnął się lekko, czytając ostrzeżenie. Przetrwał wczorajszą noc! Nic nie mogło być gorsze od tego! 
Drugi fatalny błąd. 
W następnej chwili Adrien przekonał się na własnej skórze o różnicy między wiadomościami w telewizji, a niezależną, prywatną stroną w internecie- ta druga nie ma żadnych skrupułów, jeśli chodzi o ukazywanie wszystkich krwawych, mrożących krew w żyłach, najsmakowitszych szczegółów. Albo zdjęć. 
Szmaragdowe oczy przez dłuższą chwilę wpatrywały się w ekran, nie potrafiąc zrozumieć, co dokładnie widzą, rozszerzone w połączeniu zdziwienia i strachu. Gdy wreszcie do niego doszło, na co patrzy, Adrien puścił telefon, jakby ten nagle go oparzył. Czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.  
Na zdjęciu widać było coś, co przypominało z wyglądu dziwnie wyciętą gąbkę, lekko przypaloną i zamoczoną w ciemnoczerwonej farbie. Pośrodku bryły zionęła czarna dziura, w której w dwóch rzędach stały na baczność dawniej białe, ale osmalone koraliki. Tylko że to wcale nie były koraliki, a zbroczone sadzą i krwią zęby. Gąbkowata struktura, na pierwszy rzut oka nie kojarząca się z niczym organicznym, była ludzkim ciałem, a przynajmniej tym, co z niego zostało po spotkaniu z żarłocznym płomieniem. Z nosa pozostała jedynie sczerniała chrząstka, a oczy spłynęły po policzkach, mieszając się z zalewającą je krwią. Po włosach nie było śladu.  
Pod zdjęciem, napisany tą samą idiotyczną ‘krwawą’ czcionką, widniał podpis: Antonio Ramirez, ojciec Leosia.   
Plagg, którego obudził dopiero zduszony jęk, który wydał z siebie jego opiekun, powoli uniósł głowę, chcąc zademonstrować swoje niezadowolenie pobudką, ale gdy tylko zobaczył przerażoną, pobladłą twarz Adriena, natychmiast zapomniał o wszystkim innym. Zerwał się do lotu i wylądował na ramieniu chłopaka, delikatnie przytulając się do jego policzka. Czuł, jak oddech blondyna robi się krótki i urywany, a potem pierwsza ciężka kropla spłynęła po miękkiej, opalonej skórze chłopaka na czarną główkę kwami 
Adrien ani przez chwilę nie odrywał spojrzenia od leżącego na łóżku telefonu. Teraz już wiedział, co autor miał na myśli, mówiąc o ‘sprawiedliwości’ i na samą myśl robiło mu się niedobrze. To było tylko dziecko. Nawet jeśli pod wpływem akumy zrobił coś okropnego, nie zasługiwał na śmierć. Szczególnie taką. Jego umysł wypełniła niechciana wizja- obraz siedzącego po turecku Leo, pożeranego żywcem przez złote języki ognia. Chłopiec się uśmiechał. Adrien nie miał pojęcia skąd wzięła się ta pewność, ale wiedział, że tak było. Przypomniało mu się nietypowe spotkanie, które do tej pory zepchnął w głąb umysłu, zbyt zajęty walką ze Scorpiusem. Wróciło wspomnienie świata stającego w niewidocznym ogniu, palącego skórę i topiącego asfalt pod nogami. Uczucie powietrza wydającego się wrzeć, gotującego cię od wewnątrz. Tak właśnie czuł się Leo. Adrien zacisnął powieki, próbując odepchnąć od siebie przytłaczające go myśli. Przez chwilę wydawało mu się, że znowu klęczy na gruzach Luwru, ze zwłokami swojej przyjaciółki z dzieciństwa w ramionach. Przez ułamek sekundy ostre jak brzytwa pazury znowu zgłębiały się w jego ramieniu przez skórę i mięśnie aż do samej kości. Krótki moment wystarczył, by coś w nim pękło i młody bohater zaczął płakać. Plagg próbował go uspokoić, ale chłopak wydawał się go nie słyszeć. Przez kilka minut, które wydawały się ciągnąć jak stopiona guma (albo skóra) jedynym dźwiękiem zaburzającym ciszę ogromnego pokoju był ledwie słyszalny szloch przerywany spazmatycznymi wdechami. Potem młody bohater zapadł w niespokojny sen, wciąż zwinięty w kłębek. Plagg jeszcze długo nad nim czuwał, wtulony w jego policzek. Chciałby móc zrobić coś więcej. Nienawidził oglądać z boku jak cierpią.  

<><><><><><><><><><><><><><><><> 
   
   Gdy tylko operator kamery dał znak, współczujący wyraz spłynął z twarzy Aleca jak wosk z roztopionej świecy. Ludzie za nim stopniowo zaczęli się uciszać i rozchodzić, za co był im serdecznie wdzięczny, bo od ich jęków i płaczu zaczęła go boleć głowa. Zirytowany sięgnął do kieszeni i skupił całą swoją uwagę na migającym ekranie dotykowym telefonu. Dopiero po chwili zorientował się, że pani jak-jej-tam-było, żona denata, wciąż stała z tym dziwnym grymasem na twarzy. Rozciągnięte do granic możliwości kąciki ust drgały lekko, a przekrwione oczy lśniły od wstrzymywanych łez. Była stara, chuda jak szczapa i zasuszona jak cholerna mumia. Ciekawe z której piramidy spieprzyła. W duchu zaśmiał się z własnego żartu i na powrót zatopił się w zero- jedynkowym świecie newsów i filmów z kotami. Zapomnijcie o Scopiusie, TO jest dopiero straszydło.      
   Anette stała praktycznie na baczność, walcząc z przemożną chęcią wydrapania tych i tak zaślepionych ekranem oczu reportera. Prosił o jedną rzecz. Jedną, maleńką, drobnostkę. Uśmiech. Zwyczajny, cholerny uśmiech, a oni… oni zignorowali jego ostatnią prośbę. Zdeptali pamięć o nim! Czuła jak po starych, porytych wąwozami zmarszczek policzkach zaczynają spływać gorące łzy. Drobne krople wydawały się parzyć jej skórę. Zawiodła. Zawiodła Charliego. Obiecała, że utrzyma uśmiech na twarzach paryżan, a tym czasem sama nawet nie potrafiła zmusić się do uśmiechu. Wąskie, popękane wargi zadrżały, usilnie próbując powstrzymać płacz. Przepraszam, Charlie… przepraszam. 
Czarny motylek nie większy niż dłoń dziecka sfrunął z nieba jak żywy kłębek kurzu i usiadł na drżących ustach kobiety jak na wyjątkowo brzydkim kwiecie. Wokół piwnych oczu Anette zalśnił fioletowy symbol motyla, raz po raz migocząc lub zmieniając kolor na złoty. Ciepły, głęboki męski głos wydawał się dochodzić z wnętrza jej czaszki. Cały świat wydawał się zanikać, zostawiając po sobie jedynie lekkie łaskotanie w miejscu, gdzie motyl dotknął jej ust.  
   -Witaj, Smiley.- Władca Ciem rozszerzył usta w drapieżnym uśmiechu. Czuł, jak potężny był ból rozdzierający jego nową ofiarę od środka. Chciałaś jedynie podarować im uśmiech. Rozjaśnić moment tragedii, zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, a oni zdeptali tą ostatnią…- Iskrę, Meus Amicus Papilio* . Iskrę. Jasną i piękną, ale gotową sparzyć, gdy odważysz się złapać ją w swoje brudne łapy. Obcy głos zamruczał pod czaszką Władcy Ciem, na chwilę przerywając jego przemowę. Motyl zamilknął, nie potrafiąc wydobyć z siebie ani słowa. To On. Znowu On. Ostatni raz Gabriel usłyszał ów ciepły, opanowany tenor tej nocy. Chwilę przed tym, jak stracił kontrolę nad Shellsoldierem. Wtedy jego akumę spowił gęsty, bury dym, a gdy ten opadł, na miejscu szaro- czerwonego kostiumu pojawił się śniady pancerz. Kimkolwiek był właściciel głosu, grał w cholernie niebezpieczną grę- Shellsoldier, czy raczej Scorpius- co za durne i banalne imię- posunął się znacznie za daleko jak na gust Władcy. Potrzebuję miraculów, ale, do diabła, to tylko dzieci! Nie chciał ich zabijać, ale akuma wydawała się mieć jego zdanie w głębokim poważaniu. Scorpius rozerwał na strzępy prawie tuzin ludzi i zrównał z ziemią część Luwru. Jeśli to samo powtórzy się ze Smiley…  
Przez chwilę zawahał się czy nie zrezygnować, ale wizja osiągnięcia upragnionego celu przyćmiła niepokój. Muszę ją odzyskać. Nie ważne, jak daleko będę musiał się posunąć. Odchrząknął i ponownie zwrócił się do kobiety – Oni zdeptali ostatnią iskrę, którą twój mąż chciał ogrzać ich stwardniałe serca. Oferuję ci szansę przywrócenia temu światu szczęścia, uczynienia Paryża najradośniejszym miejscem na ziemi. W zamian proszę jedynie o kolczyki Biedronki i pierścień Czarnego Kota. - Przez chwilę Smiley milczała, a Gabriel był przekonany, że odmówi, że jakimś cudem mu się oprze. Albo, co gorsza, że On znowu się wmiesza.  
-Charlie chciał, by ludzie się śmiali. Anette wymamrotała niewyraźnie, wpatrując się w pustkę. Ciepły płomień tryumfu przesunął jęzorem po sercu Władcy Ciem, tylko po to by natychmiast zostać zdmuchniętym i zastąpionym lodowatą szpilą. 
- Spełnię jego życzenie, choćbym musiała wyrżnąć uśmiechy na tych ich obojętnych, przebrzydłych twarzach moimi własnymi rękoma! - Śmiech, który wydarł się z jej gardła brzmiał jak skrzek pomieszany z warczeniem wściekłego zwierzęcia. Szary dym wypłynął z jej nozdrzy i ust, spowijając jej wątłą postać jak całun. Gabriel był pewien, że w jego czaszce wibruje złoty śmiech. Ku swojemu przerażeniu sam też się uśmiechał-nie czuł strachu na myśl o ofiarach ani zniszczeniach, jedynie chorą ekscytację, jak dziecko na widok nowego Zestawu Małego Chemika- wiedział, że źle się to skończy, ale chłopie, jaka to będzie zabawa!  
<><><><><><><><><><><><><><><><> 

   Alec nie zauważył przelatującego mu przed nosem czarno-fioletowego motyla, ani odpowiedzi Anette na propozycję Władcy Ciem. Jednak nie umknęła jego uwadze wychudła, koścista dłoń o długich palcach zakończonych pazurami zaciskająca się na jego ramieniu. Uraczył ją niezadowolonym spojrzeniem marudnego dziecka, któremu ktoś ośmielił się przerwać zabawę. W momencie, gdy uniósł oczy znad telefonu i zobaczył jej właścicielkę, dumna i pewna siebie postawa rozwiała się jak puszek dmuchawca w starciu z oddechem marzyciela. Nie potrafił wydać z siebie najmniejszego dźwięku, nie potrafił się ruszyć. Mógł jedynie patrzeć w szkliste, różnobarwne oczy istoty, którą jeszcze sekundę temu opisałby jako niegroźną, zgrzybiałą babę. Teraz jej oczy- jedno żółte, drugie zielone- lśniły jasno jakby dwa światełka LED zostały umieszczone pod starą czaszką. Rozszerzone w wyrazie szaleńczej radości wpatrywały się w niego, chociaż Alec nie mógł być pewien, czy tak naprawdę go widzą. Uśmiech, który już wcześniej przyprawiał o ciarki, teraz stał się naprawdę przerażający. Karykaturalnie wygięte, czarne usta sięgały dosłownie od jednego ucha do drugiego. Szereg ostrych, nierównych, przypominających odłamki stłuczonego szkła zębów lśnił spomiędzy czarnych warg. Za nimi, jak jadowity wąż czaił się czarny, rozdwojony język. Akuma miała na sobie jaskrawo żółtą koszulę z napisem ŚMIECH TO ZDROWIE na plecach i dużym, wyszczerzonym emotikonem na froncie i zielone, bufiaste spodnie. Alec mgliście pamiętał ten strój z „Rieur”*- Najsłynniejszego skeczu Réjouissant’ów. Pod barwnym kostiumem nie kryła się imponująca muskulatura- istota była wychudła i niewiele wyższa od młodego prezentera, ale uścisk kościstej dłoni nie pozostawiał cienia złudzeń co do jej siły.  
-Co do?...- Tyle był w stanie z siebie wydusić, zanim akuma zacisnęła dłoń na jego barku tak mocno, że poczuł jak obojczyk i łopatka pękają z trzaskiem. Krzyknął, bardziej z zaskoczenia niż z bólu, próbując wyrwać się starej wariatce zanim złamie mu coś jeszcze. Jego wysiłki spełzły na niczym, wywołując jedynie falę ogłuszającego, chrapliwego rechotu. Jednym pociągnięciem akuma obróciła Aleca tak, by patrzył jej w oczy ani na chwilę nie przestając obłąkańczo się śmiać. Dopiero gdy zobaczyła wyraz grozy i bólu, który powoli przebijał się przez szok do świadomości prezentera, śmiech uwiązł jej w gardle, zostawiając świat przerażająco cichym. Chwilę patrzyła na niego badawczo, przechylając głowę to w jedną, to w drugą stronę jak osobliwy gatunek szpetnego, ale ciekawskiego ptaka. Nie spuszczając spojrzenia różnokolorowych oczu z młodego mężczyzny, uniosła wolną rękę i delikatnie, wręcz pieszczotliwie dotknęła jego policzka. Alec zadrżał, czując ostry pazur przytknięty do swojej twarzy. Nie potrafił zmusić się do ruchu. Co to ma kurwa być?! 
- Skąd ta smutna minka? - Dźwięk, który rozbrzmiał w rytm poruszających się jak dwa bliźniacze czarne węże ust, nie przypominał niczego, co mógłby wydać z siebie człowiek. Wydawało się, że na raz rozbrzmiewają trzy głosy, wszystkie zachrypłe i drżące, jak zniszczone nagranie. Jednocześnie brzęczały jak rój os i skrzeczały jak stado wron. - Charlie nie chciałby jej widzieć…- Kościsty palec mocniej nacisnął na ogolony policzek Aleca. Ostry pazur zaczął sprawiać ból zamiast dyskomfortu, wycinając płytki, krwawy półksiężyc w ciemnej skórze. - Ale spokojnie, kochaniutki - pomimo demonicznego głosu, jej słowa miały w sobie coś z babcinego ciepła. - zaraz coś na to poradzimy! - Szponiasty pazur przebił policzek na wylot i szybkim szarpnięciem nakreślił czerwoną linię od wydatnej kości policzkowej po kącik ust, obnażając sztucznie wybielane zęby i różowe dziąsła. Ciszę rozdarł wrzask bólu i przerażenia wymieszany z szaleńczym unisono trzech śmiechów splątanych w jeden czarną wstęgą ust. Zbroczony karmazynem szpon uniósł się i delikatnie dotknął drugiego policzka. Tym razem Alec próbował odsunąć głowę, co tylko wywołało kolejną falę szaleńczego rechotu. Gdy jego przerażoną twarz zdobił już szeroki, poszarpany uśmiech, Alec poczuł jak jego umysł zasnuwa mgła. Nie potrafił zebrać myśli do kupy ani zmusić się mięśni do ruchu. Jedyną rzeczą, która nie straciła ostrości i wciąż utrzymywała go w stanie względnej świadomości, jak kotwica zaczepiona w jego mózgu, był ból świeżo rozoranej twarzy. Gorąca krew spływała kaskadą po wydatnej szczęce i szyi, plamiąc błękitną koszulkę kupioną w jednym z tych niedorzecznie drogich, markowych sklepów. Czerwona plama już nigdy się z niej nie spierze. Alec nie był nawet pewien, czy będzie miał okazję spróbować ją odratować. 
    Ludzie nie krzyczeli w panice, jak zawsze, gdy akuma groziła miastu. Ci, którzy zauważyli dziwną istotę albo wycofali się powoli, nie odwracając się do niej plecami ani na chwilę, albo zamarli w bezruchu, zdjęci przerażeniem i dziwną aurą, która otaczała potwora. Cały plac zamarł w milczeniu, czekając na rozwój wydarzeń. 
   Smiley w końcu puściła ramię nieszczęśnika, pozwalając jego bezwładnemu ciału opaść na ziemię. Postąpiła dwa kroki do tyłu i odwróciła się w stronę garstki ludzi, która wciąż stała na placu wokoło. Wszyscy wpatrywali się w jej wątłą postać z twarzami zastygłymi w wyrazie przerażenia jak maski pośmiertne. Ile smutnych twarzy! Charlie nie chciałby widzieć tyle smutku. Niespiesznie podeszła do najbliższej, zamarłej osoby- młodej kobiety w czarnej sukience nie zostawiającej zbyt wiele wyobraźni. Nowa ofiara wydała z siebie zduszony jęk, gdy stanęła twarzą w twarz z akumą, ale nie potrafiła się ruszyć. Żadne z nich nie mogło. Jeszcze. 
   Marinette powoli otrząsała się z szoku, którego doznała na wieść o Grande Finale, które Złoty Mężczyzna zapewnił ScorpiusowiLeo. Poprawiła się w myślach. Był tylko małym chłopcem i miał na imię Leo. Nic, co zrobił Scorpius nie było jego winą. Pomimo tej świadomości, Mari była pewna, że gdyby spotkała uśmiechniętą osóbkę Leo na ulicy, pewnie uciekłaby, gdzie pieprz rośnie. Chcąc oczyścić umysł, oddała się swojemu hobby- projektowaniu ubrań i wyobrażaniu sobie Adriena noszącego jej kreacje. Siedziała przy biurku, pochylona nad szkicownikiem, beztrosko dodając falbany do projektu letniej sukienki, gdy jej telefon zawibrował. Jeszcze przez krótką chwilę Marinette łudziła się, że Alya napisała do niej, by podzielić się swoimi teoriami na temat ostatniej akumy, ale czerwony ekran nie pozostawiał złudzeń. Kolejny alarm. Kolejny atak. Mari zwalczyła pokusę, aby rzucić nim o ścianę i posłała Tikki zdenerwowane spojrzenie. Czerwone kwami, które do tej pory siedziało na blacie biurka zajadając się ciastkami z czekoladą, wpatrywało się z napięciem w czerwony, migający ekran telefonu. Niedojedzone ciastko leżało u jej maleńkich stóp. Marinette stuknęła w biały wykrzyknik podskakujący na tle jaskrawej czerwieni, otwierając okno z mapką Paryża. Czarno- fioletowy motyl siedział na skwerze nieopodal Wieży Eiffla. Młoda bohaterka wzięła głęboki wdech i wstała, tęsknie patrząc na niedokończoną kreacją. Jak bardzo chciałaby móc zostać i udawać, że nic się nie stało! Po minie Tikki widziała, że jej maleńka przyjaciółka też wolałaby to zignorować. Niestety Biedronka nie miała luksusu wyboru. 
-Tikki, kropkuj! - Pokój zalała fala białego światła, gdy czerwony strój w czarne kropki zastąpił codzienne ubranie dziewczyny. Biedronka złapała jojo i zaczepiła je o ozdobny dach budynku po drugiej stronie ulicy. Wzięła ostatni głęboki wdech i skoczyła, ignorując zaciskający się w supeł żołądek. Czuła się jak za pierwszym razem, gdy nie miała jeszcze pojęcia, jak radzić sobie z czymkolwiek. Tak z resztą było. Nie wiedziała, jak radzić sobie z potworami takimi jak Scorpius, a coś jej podpowiadało, że właśnie coś takiego na nią oczekuje. I miała cholerną rację.  

<><><><><><><><><><><><><><><><> 

   Gdy Niesamowita Biedronka dotarła na miejsce, Czarny Kot już na nią czekał. Siedział schowany za kominem, uważnie lustrując Plac Bastylii w poszukiwaniu przeciwnika. Był tak skupiony, że nie zauważył nadchodzącej partnerki, a gdy ta w końcu przycupnęła obok niego, podskoczył z cichym piśnięciem, które aż nadto przypominało miauknięcie kota. Oboje wymienili zaskoczone spojrzenia, przy czym Biedronka z trudem powstrzymała się od rozbawionego parsknięcia. Lekki uśmiech rozjaśnił jej oblicze. Czarny Kot próbował przewrócić oczyma na znak irytacji, ale nie potrafił- wystarczył jeden uśmiech jego ukochanej, by podnieść go na duchu. Przez chwilę oboje czuli się lepiej, prawie zapominając o koszmarze ostatniej nocy i o nadchodzącym starciu. Szybko jednak czar prysnął a rzeczywistość uderzyła w nich jak rozpędzony pociąg.  
Na skwerze nie było ani śladu akumy, ale nie mieli wątpliwości, że tu była. Kilkanaście ciał leżało bezwładnie w nienaturalnych pozycjach, wszystkie twarzami do dołu, otoczone ciemnymi kałużami krwi. Nie widząc przeciwnika, młodzi bohaterowie ostrożnie zeszli na ziemię, wciąż rozglądając się dokoła. Czarny Kot stał ze swoim kijem w ręku, gotów do walki, z każdym mięśniem drżącym od napięcia, gdy Biedronka podeszła do najbliższej ofiary akumy i delikatnie przewróciła ją na plecy. Na widok twarzy nieszczęśnika odskoczyła z piskiem, wpadając na Kota i wytrącając go z równowagi. Oboje przez chwilę wpatrywali się z niedowierzaniem w oblicze młodego chłopaka, na oko ich rówieśnika, ozdobione dwiema ranami biegnącymi od kącików ust po same uszy. Były tak głębokie, że szczęka ledwie trzymała się czaszki, zwisając bezwładnie na strzępie ścięgna. Krew zastygła na bladej skórze chłopaka jak dziwne malunki rytualne. Trup szczerzył się do nich zza zamglonych, szklistych oczu zamarłych w wyrazie bólu i przerażenia.   
Biedronka spojrzała na swojego przyjaciela, który nie odwracał wzroku od zwłok ani na chwilę. Czarne, kocie uszy położył po sobie jak wystraszony kociak, a lewą rękę położył na prawym barku, jakby zabolała go nie istniejąca już rana zadana mu przez Scorpiusa. Mari chciała coś powiedzieć, dodać mu otuchy, ale nie wiedziała jak. Z resztą nie miała czasu się nad tym zastanowić, bo martwą ciszę rozerwał szaleńczy śmiech i kroki niosące się echem po opustoszałym dziedzińcu. Jak na znak, oboje podnieśli spojrzenia na nadchodzącą postać. Wysoka i chuda, z idiotycznym, posiwiałym afro jaskrawymi ubraniami, nowa akuma była straszna w całkiem inny sposób niż Scorpius, ale jej widok mroził krew w żyłach, nie mówiąc już o obłąkańczym chichocie. Ostre pazury miała zbroczone krwią, ale to nie wydawało się psuć jej znakomitego humoru. Dziarsko lawirowała pomiędzy ciałami, wbijając w bohaterów spojrzenie szeroko otwartych, różnobarwnych oczu. W końcu zatrzymała się na środku placu, obdarzając ich drapieżnym uśmiechem równie szerokim, co ten na twarzy jej ofiary. Gdy przemówiła, na raz rozbrzmiały trzy głosy, wibrując w powietrzu jak ogromne, obrzydliwe owady.  
-Witajcie, kochaniutcy! Nie macie pojęcia, jak baaaardzo się cieszę, że mnie odwiedziliście! To towarzystwo jest raczej... drętwe. - Rozłożyła ręce, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Ale skoro honorowi goście wreszcie się pojawili... PRZEDSTAWIENIE CZAS ZACZĄĆ! - Ostatnie zdanie wydawało się wstrząsnąć całym miastem. Przez chwilę zapanowała cisza, szybko zakłócona przez obrzydliwy trzask przypominający odgłos łamanych kości, gdy kilkanaście skostniałych szyj odwróciło rozorane twarze w ich stronę, często łamiąc przy okazji kilka kręgów. Szkliste oczy wpatrywały się w nich bez wyrazu znad wyrżniętych pazurami uśmiechów. Wszystko zamarło w bezruchu, oczekując na rozwój wydarzeń. Nagle wszystkie ofiary Smiley rzuciły się w ich stronę. Jedni wstali, inni pełzali po ziemi, łamiąc jeszcze więcej kości, nie wydając z siebie żadnego dźwięku poza głuchym uderzaniem niedowładnych kończyn o bruk. Wbrew oczekiwaniom, żywe trupy, czy czymkolwiek stali się ci ludzie, były niezwykle szybkie. W ciągu kilku chwil otoczyły bohaterów, drapiąc, szarpiąc i gryząc. Oboje starali się odgonić od potworów najdelikatniej jak tylko umieli, nie mając jednocześnie pojęcia co dalej. Zombie nie przebijały się przez magiczne kostiumy, ale zbyt długie o ostre pazury raniły nieosłoniętą skórę ich twarzy i próbowały wydłubać im oczy. 
-Au! Hej! Gdzie z tymi łapskami?! Słyszeliście kiedyś o przestrzeni osobistej? -  Czarny Kot zatoczył końcem swojej broni szeroki łuk, roztrącając tłum bezwolnych istot i dając im szansę odwrotu. Biedronka cisnęła swoim jojo w stronę najbliższego budynku i złapała swojego partnera w pasie, wymykając się nieludzko lodowatym dłoniom. Gdy w końcu byli bezpieczni, schowali się po drugiej stronie dachu, osłonięci od szaleńczego spojrzenia różnobarwnych oczu Smiley 
-To... było...- Biedronka nie była pewna, jak określić atak zombie. W porównaniu ze Scorpiusempowinien wydawać się wręcz śmieszny, przecież nic im się nie stało. Jednak nie potrafiła odepchnąć od siebie widoku pustych, szklistych oczu skupionych na rozerwaniu jej na strzępy istot. 
-Traumatyczne? - Wyszeptał Czarny Kot, skrzyżował ręce na piersi i wzdrygnął się teatralnie. Próbował obrócić sytuację w żart, chociaż jemu też nie było do śmiechu. Gdy się na nich rzuciły, był gotów na śmierć przez rozszarpanie rodem z the Walking Dead. Nawet jeśli kostiumy wytrzymały, miał już szczerze dosyć przekonania, że zostało mu kilka sekund życia, nie wspominając o patrzeniu jak niewinni ludzie cierpią przez to, że nie zdołali ich obronić. Milczeli, nie wiedząc, co powiedzieć ani, co gorsza, co robić dalej.  
-To co, Biedrąsiu, jaki jest plan? -Blondyn spojrzał na miłość swojego życia z tą samą ślepą ufnością co zawsze. Mari całą siłą woli powstrzymała się przed krzyknięciem z frustracji. Nie wiedziała. I czemu to ONA zawsze powinna wiedzieć?! Zamiast wybuchnąć spuściła oczy i mruknęła cicho. 
 -Nie wiem. Może powinniśmy poczekać na Mistrza Fu? 
-A Szczęśliwy Traf? -Kot wydawał się zawiedziony odpowiedzią. Gdyby tylko wierzyła w siebie tak bardzo, jak ja w nią wierzę.  
Biedronka odrzuciła propozycję ruchem głowy. 
-Nie wiemy jeszcze wszystkiego na temat zdolności akumy, a po Scorpiusie chyba nie chcę czekać aż użyje na nas swoich mocy. Uważam, że powinniśmy zapytać Mistrza o radę...- Nie dane jej było dokończyć zdania, gdyż słońce przesłonił im cień w kształcie narysowanego przez dziecko drzewa- wielkiej kuli osadzonej na chudej linii pnia. Potrójne unisono zagrzmiało z siłą gromu. 
-Tu jesteście, skarbeczki! Nie chcecie się bawić z moimi przyjaciółmi? Może wolicie, bym osobiście rozjaśniła wasze buźki pięknym uśmiechem? -Mówiąc to, Smiley przeciągnęła po swoim policzku szponem, pokazując jak miała zamiar tego dokonać. Zanim zdążyli coś odpowiedzieć albo znowu salwować się ucieczką, skoczyła w ich kierunku, śmiejąc się jak obłąkana hiena. Rzuciła się na Biedronką, ale Kot jak zawsze był gotów stanąć w obronie ukochanej. W ostatniej chwili stanął pomiędzy akumą a niedoszłą ofiarą i przyjął na siebie impet pierwszego ciosu. Oboje runęli na spotkanie z asfaltem, ale Smiley wbiła pazury w ścianę budynku i spowolniła swój upadek, żłobiąc w tynku głębokie bruzdy. Młody bohater nie miał tyle szczęścia. Siła uderzenia o ziemię wycisnęła mu powietrze z płuc i chociaż kostium uchronił go przed poważniejszymi obrażeniami, ból na chwilę praktycznie go sparaliżował. Akuma podeszła do wciąż leżącego chłopaka i coraz szerszym uśmiechem. Przykucnęła i jedną ręką odwróciła go na plecy, drugą szykując się do ciosu. Nie spodziewała się jednak, że Kot dojdzie do siebie na tyle, żeby kontratakować. Wiedziony strachem, z czystą adrenaliną płynącą w żyłach, Adrien zacisnął powieki i uderzył Smiley z całej siły, praktycznie gotów usłyszeć znowu jedynie to cholerne klang! jak przy Scorpiusie. Nie tym razem. Koci Kij napotkał miękką skórę i zaskakująco kruche jak na potworo-akumę kości, które ustąpiły z mdlącym trzaskiem. Kobieta wrzasnęła ogłuszająco, trzy głosy wyrażające na raz zaskoczenie, wściekłość i ból. Cofnęła się chwiejnie, dając Kotu szansę na ucieczkę, z której nie skorzystał. Nie mógł. Zamarł, nie mogąc oderwać wzroku tego, co zrobił. Okazało się, że trafił -o ironio -w twarz. Kość policzkowa wgniotła się jak blacha, a część nosa zniknęła, zastąpiona krwawą dziurą. Dolna szczęka wypadła z lewego stawu, wykrzywiając już i tak karykaturalny uśmiech, a zęby, których nie wybił metalowy kijek, przebijały policzek i czarny język. Najgorsza jednak była szyja- przekrzywiona pod nienaturalnym kątem, z kręgami próbującymi przebić się przez cienką zasłonę ciemnej skóry. Krew splamiła szkarłatem idiotyczny kostium i kapała na ziemię. O Boże, co ja zrobiłem?! Kot spojrzał na swoją broń z niedowierzaniem i rzucił ją na ziemię, widząc krew i skórę przylepione do srebrzystego walca jak dowód zbrodni. -Ja... Ja nie chciałem...- Spojrzał prosto w różnobarwne ślepia, rozjarzone w zwierzęcej furii. Smiley rzuciła się na niego, śmiejąc się jeszcze głośniej, oblewając wszystko dokoła karmazynem. Nie kłopotała się chodzeniem na dwóch nogach. Zwinnie jak pantera skoczyła w jego kierunku, gotowa rozszarpać go na strzępy. Czarny Kot zdołał jedynie zasłonić twarz ramionami i krzyknąć. W ostatniej chwili czerwone jojo obwiązało akumę w pasie, ratując blondyna. Biedronka z trudem utrzymywała Smiley w bezpiecznej odległości. Nie wiedziała, co dokładnie się stało ani czemu jej partner siedział jak skończony matoł i gapił się na akumę przez tyle czasu. Czy ja wszystko muszę robić sama?! Z całej siły pociągnęła Smiley do tyłu, wytrącając ją z równowagi i zyskując jeszcze kilka metrów odległości pomiędzy akumą, a Czarnym Kotem, który dopiero teraz wydawał się otrząsać z szoku. Wciąż blady jak ściana spojrzał na swoją wybawicielkę z lekkim uśmiechem. Biedronka nie odpowiedziała tym samym, skupiona na jak najszybszym zakończeniu pojedynku. Cisnęła w niebo magicznym jojem krzycząc “Szczęśliwy Traf” i modląc się, aby tym razem sposób na pokonanie akumy był bardziej humanitarny niż ostatnio. Duża, plastikowa butelka w barwie ‘biedronkowej’ czerwieni w czarne kropki wpadła w jej ręce. Przez krótką, przerażającą chwilę Marinette była pewna, że trzyma kanister benzyny. Czerwony, do połowy pełny. Taki sam jak ten, który trzymał na kolanach Leoś. Wrażenie szybko minęło, ale nie była pewna, czy prawda nie będzie jeszcze gorsza.  
Czarny Kot zaszczycił ją wreszcie swoją obecnością i ciekawie jej zajrzał przez ramię, przyglądając się ich nowemu kluczowi do sukcesu. Przez chwilę milczał, ale w końcu ciekawość wzięła nad nim górę. 
-Co to jest? - Biedronka podniosła na niego spojrzenie fiołkowych oczu. Była równie skołowana, co jej partner. Nie miała pojęcia, co dokładnie chlupotało radośnie w dwulitrowej butli, ale wiedziała co ma zrobić z ową tajemniczą zawartością. Plan nie był skomplikowany, zważywszy na to, że zgodnie z logiką musiała jakoś doprowadzić do oblania Smiley. Nic prostszego, prawda?  
-Nie jestem pewna, ale musimy ją tym oblać. Odwróć jej uwagę, dobrze? -Kot przez chwilę się zawahał, nie chcąc zbliżać się do zmasakrowanej akumy, ale w końcu obdarzył ją promiennym uśmiechem i zasalutował. Wyjął zza paska swój kijek i Biedronka zauważyła zaschniętą na nim krew.  
-Robi się, milady. - Blondyn zeskoczył na ziemię, amortyzując upadek swoją bronią. -EeeeeemBiedrąsiu? Gdzie ona jest? -Marinette obrzuciła ulicę badawczym spojrzeniem, ale nie udało jej się znaleźć akumyPrzecież była tu chwilę temu! Na szczęście, albo nieszczęście, zależy jak na to spojrzeć, po opustoszałej ulicy poniósł się ogłuszający, nieludzki skrzek, wskazując im drogę. Z jednej z bocznych zaułków pełzały w ich stronę z zatrważającą prędkością ‘przyjaciele’ Smiley. Kot znowu położył po sobie uszy, szykując się do starcia. Ofiary akumy natychmiast go otoczyły, ale tym razem nie były tak chaotyczne jak wcześniej. Nie kłębiły się jak węże, drapiąc i gryząc, tylko złapały jego ręce i nogi, unieruchamiając chłopaka zanim zdążył jakkolwiek zareagować. Powaliły Kota na kolana, a jedna z nich wplątała zakrwawioną dłoń w jego złote, rozczochrane loki i odchyliła jego głowę do tyłu. Pomimo usilnych starań, młody heros nie umiał się wyrwać, lodowate palce nawet nie drgnęły. 
-Hej, nie-święci uśmiechnięci, próbujemy wam pomóc! -W końcu dał za wygraną i przestał się szarpać. Zamiast tego spojrzał przed siebie, na powoli zbliżającą się ku niemy Smiley. Wróciła do chodzenia na dwóch nogach, chociaż teraz już raczej człapania. Jej twarz, albo to, co z niej zostało, znowu zdobił szeroki uśmiech. Było jednak coś nowego, co sprawiło, że żołądek Adriena podszedł do gardła. Oczy Smiley nie były już różnobarwnymi maleńkimi lampkami w cieniu ogromnego afro. Oba lśniły jak złote pochodnie, rzucając głębokie cienie na zmasakrowaną twarz. Wokoło oczu migotał fioletowy blask dobrze znajomego symbolu. Władca Ciem próbował skontaktować się ze swoją podwładną, znowu bezskutecznie. Kot nie miał pojęcia, że potwór, który zazwyczaj terroryzował miasto miłości, usilnie starał się uratować mu życie. Ale Smiley nie słuchała. Złoty głos już dawno wyparł wszystkie inne myśli. Ridera, amicaLaetara et ridera!*  W kółko i w kółko. Złoty głos dla niej śpiewał, pomagając zapomnieć o bólu, a złote sznurki kierowały jej ciałem, niosąc zgubę tym, którzy zbrukali pamięć jej ukochanego Charliego.  
Stanęła nad nim, zginając się w pół tak, że ich twarze były prawie na tej samej wysokości. Kot poczuł metaliczny zapach krwi i z trudem powstrzymał się od zwymiotowania. Z tej odległości widział aż za dobrze, jakie szkody wyrządził jego kij. Ten obraz na długo miał dołączyć do korowodu koszmarów, które będą go nękały każdej nocy. Zbroczony krwią pazur dotknął delikatnej skóry policzka i powoli zaczął naciskać. Adrien zacisnął powieki, starając się nie krzyknąć z bólu. Gdzie jesteś, Biedrona?!  
Jak na zawołanie, za plecami akumy pojawiła się postać w czerwonym stroju. Słysząc tąpnięcie stóp o ziemię, Smiley odwróciła się w stronę głosu, sam raz w porę na kąpiel w tajemniczej zawartości plastikowej butli, którą Mari stwierdziła, że musi być jakiś płyn do demakijażu, bo jedyną charakterystyczną rzeczą u akumy była ta dziwna, czarna szminka na ustach. Och, słodka niewinności... 
To nie była szminka, a w butli nie było płynu do demakijażu. Trzeba jednak przyznać, że doskonale sobie poradził z ‘usunięciem’ czarnych ust. W zetknięciu ze skórą, przezroczysty płyn zaczął się pienić i dymić, a przerażona Smiley rzuciła się na ziemię w konwulsjach, desperacko starając się zrzucić z siebie palącą substancję. Wszystkie trzy głosy wrzeszczały unisono, jak chór potępieńców. Skóra czerniała i schodziła płatami, odsłaniając palące się żywcem mięso, a połamane zęby wydawały się topić. Przez krótką chwilę akuma spojrzała na Marinette z przerażeniem i bólem, jakby pytała się dlaczego? Po czym kwas przeżarł się przez czarne węże ust, a kobieta upadła na ziemię. Czarny motylek wyłonił się z pozostałości warg, beztrosko wzlatując w powietrze. Ofiary akumy nawet nie drgnęły, obojętnie wpatrując się w wciąż dygocącą postać u ich stóp. Nawet nie osłabiły uchwytu, w którym trzymały Kota. On sam wydawał się całkowicie o nich zapomnieć. Z mieszaniną przerażenia i obrzydzenia wpatrywał się w pozostałości akumy, nie wierząc własnym oczom. Spojrzał na Biedronkę, która wciąż trzymała w ręku plastikową butlę i z wielkimi z zaskoczenia i strachu oczyma wpatrywała się w efekt swojego ‘genialnego’ planu. W porę przypomniała sobie o motylku i złapała go do swojego joja, chociaż bez zwyczajnego entuzjazmu. Gdy wypuściła już białego, uwolnionego od złej magii, złapała delikatnie, w dwa palce butlę i podrzuciła ją do góry, krzycząc ‘Niesamowita Biedronka!’. Wraz z falą świecących biedronek, która przetoczyła się przez miasto, wszystko wróciło do normy. Ludzie, których Smiley okaleczyła i zamieniła w bezwolne kukły byli cali i zdrowi (chociaż naprawdę skołowani), a sama Smiley, pani Rieur siedziała na bruku, trzymając się za głowę. Wszystko wydawało się być w porządku. Biedronka wyciągnęła dłoń do starszej kobiety, a ta ją przyjęła i pozwoliła pomóc sobie wstać. Nawet obdarzyła dziewczynę delikatnym, szczerym uśmiechem. Udało im się.            
<><><><><><><><><><><><><><><><> 

   Marinette nie mogła się doczekać, aż opowie Mistrzowi o tym, jak poradzili sobie z ostatnią akumą. Prawda, miejscami zrobiło się groźnie, a obraz palonego kwasem ciała będzie ją prześladował do końca życia, ale fakt, że poradzili sobie bez niczyjej pomocy napawał młodą bohaterkę nadzieją. Może jednak wszystko się ułoży? Nawet jeśli Władca Ciem, Złoty Mężczyzna, czy inne świry będą wysyłać na nich coraz to gorsze potwory, dobro zawsze znajdą sposób, by pokonać zło! A jeśli będą mieli kłopoty, Mistrz Fu zawsze będzie w pogotowiu ze szkatułką miraculów do pomocy i mnóstwem magicznych artefaktów. Po raz pierwszy od kiedy zobaczyła Scorpiusa tej nocy, Mari poczuła spokój i pewność siebie.  
   Niewielkie mieszkanie Mistrza Wanga Fu, z kolorowym znakiem reklamującym akupunkturę i inne wschodnie sztuki medycyny alternatywnej, stało w spokojniejszej części miasta. Mari podeszła dziarskim krokiem do drzwi i nacisnęła dzwonek. Chwilę stała, cierpliwie czekając, ale nikt nie podszedł do drzwi, więc nacisnęła go ponownie, tym razem trzymając dłużej. Gdy to też nie dało zamierzonego efektu, dziewczyna poczuła ukłucie niepokoju, które szybko odgoniła. Pewnie śpi. Albo wyszedł na zakupy. Sęk w tym, że Wayzzkwami Mistrza, zawsze zostawało w domu, by w razie czego móc zaoferować Biedronce i Czarnemu Kotu pomoc. Przeklinając w duchu swoją przewrażliwioną naturę, Marinette nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się z zaskakującą łatwością, a dziewczynę uderzył zapach siarki. Od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Mistrz może i używał różnych kadzidełek, ale ich woń na ogół była delikatna. Teraz powietrze wydawało się ciężkie i parzące jak oddech smoka. Nie myśląc zbyt wiele, wpadła do przedpokoju, modląc się by to wszystko miało jakieś inne wytłumaczenie. To, co zobaczyła w głównym pokoju rozwiało jej wszystkie nadzieje. Meble były połamane i przypalone, tak samo jak ściany i podłoga. Bambusowe maty zostawiły po sobie jedynie wspomnienia i kupkę szarego popiołu. Po ukazujących krajobrazy Wschodu obrazach i cienkich zasłonach nie było śladu. Tak samo po drogocennej szkatułce zakamuflowanej jako magnetofon. Szkatułce, w której trzymano miracula. Jedyne, co zostało, to wygięta, jak pod wpływem gorąca złota tuba, która stała na jej szczycie. Miejsce, które dotąd wydawało się Marinette najbezpieczniejszym na ziemi, teraz zostało obrócone w perzynę. Przez chwilę stała w progu, nie wierząc własnym oczom i walcząc z napływającymi łzami. On tu był. Zabrał miracula. On... Dopiero wtedy przypomniała sobie o Mistrzu i serce podeszło jej do gardło. Wpadła do środka jak burza i rozejrzała się dookoła, w panice wzburzając chmurę pyłu i popiołu. Nigdzie nie wdziała Mistrza, ale nie widziała też śladów krwi, co dawało jej nadzieję. Może go tu nie było? Może uciekł i zabrał miracula, a napastnik, nie znalazłszy tego, czego chciał, zdemolował mieszkanie? Po raz kolejny karmiła się nadzieją i po raz kolejny została ona obrócona w pył. W milczącym dotąd gabinecie dało się usłyszeć cichy jęk dochodzący z niewielkiej, sąsiadującej z głównym pokojem kuchni. Jej także napastnik nie oszczędził. Wszystkie półki zostały zerwane ze ścian, a przyprawy i magiczne specyfiki zostały rozsypane lub roztrzaskane o ziemię. Ściany były osmalone, a na meblach Marinette zobaczyła głębokie, przypalone bruzdy, jakby ktoś rysował po nich ostrym, rozżarzonym kawałkiem metalu.  
Mistrz Wang Fu, Ostatni Strażnik Miraculów, wisiał oparty o ścianę, uwiązany za nadgarstki. Resztę siwych włosów ktoś upalił, zostawiając na bladej, przeoranej zmarszczkami głowie jedynie oparzenia i sadzę. Czerwona, kwiecista koszula była podarta, a spod niej wyzierało chude, poranione ciało. Wyglądało na to, że tym samym rozżarzonym żelastwem, którym ktoś poniszczył meble, na czole starszego mężczyzny wyryto koronę, jak chory żart z jego obecnego stanu. Ponad jego opuszczoną głową widniał cztery chińskie symbole - 愚人之王*. Te same znaki wyryto wzdłuż jego przedramion z przerażającą precyzją. Ktokolwiek to zrobił, nie spieszył się zbytnio. Po co? Przecież doskonale się bawił.  
Młoda bohaterka pospiesznie zbliżyła się do zmaltretowanego starca, ale zanim zdążyła coś powiedzieć albo go dotknąć, ten otworzył ciemne, skośne oczy i spojrzał na nią z bólem, wstydem i bezradną złością. 
-Zabrał je. - Wyszeptał Ostatni Strażnik. - Marinette... On... Zabrał je wszystkie.  


  
SŁOWNICZEK 
hijo pequeno (hiszp.) - maleńkiemu synkowi 
carros (hiszp.)- auta 
escorpio (hiszp.)- skorpion 
Vir Aureus illum exspectat (łac.)- Złoty Mężczyzna go oczekuje 
Vir demum accipiet me (łac.) - Mężczyzna wreszcie mnie przyjmie 
Papa (hiszp.) - tata (tato) 
Meus Amicus Papilio (łac.) - Mój motyli przyjacielu 
Ridera, amicaLaetara et ridera! (łac.) - Śmiej się, przyjaciółko! Ciesz się i śmiej! 
愚人之王 (Yúrén zhī wáng) (chin.) -Król Głupców  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Akt 3: Król Głupców

Ci, którzy nie wyciągają wniosków z przeszłości, są skazani na jej powtarzanie. Stephen King "Mroczna wieża" Czasami prz...