Każde zakończenie stanowi początek czegoś nowego.
Libba Bray – Mroczny sekret
Historie nie zawsze kończą się po naszej myśli.
Życie nie zawsze jest bajką.
Życie r z a d k o jest bajką.
Gdy rano miasto otrząsnęło się z sennego otępienia, na pierwszy rzut oka wszystko było normalne. Dumna Wieża Eiffela wznosiła się nad miastem jak metalowy strażnik, piękne, ozdobne kamienice i wyłożone kocimi łbami ulice tworzyły malowniczy labirynt, a Sekwana wiła się jak srebrna wstęga upuszczona przez nieuważnego krawca. Tyle, że przez malowniczy labirynt wiódł szlak samochodów, przypominających resoraki porzucone przez kapryśnego brzdąca, i lamp ulicznych leżących, jak drzewa wyrwane z ziemi przez potężną siłę wichury. Ludzie rozglądali się wokoło, widząc zniszczenia, a lodowate szpony strachu powoli zaciskały się na ich sercach. Czy Biedronka nie powinna już wszystkiego naprawić? Gdzie są bohaterowie? Co się stało i jakim cudem jedyne, co usłyszeli tej nocy mieszkańcy Paryża, to mroczna, gęsta cisza?
Odpowiedzią na pytania, bzyczące w głowach paryżan, jak uszkodzony przewód, był ryk bestii. Akumy, która kiedyś miała imię. Łowcy, który z irytacją szukał tropu swojej ofiary. W bladej czaszce raz po raz złoty głos powtarzał czarne, zimne słowo. Słowo pachnące jak krew i strach, które wyczuł w pobliżu swoich praedārum* Necare*... Słodkie, jak szept kochanki, budziło w łowcy ciepłe, łaskoczące uczucie (ekscy- eksu... kolejne słowo w głowie, które zostało skazane na zapomnienie) Scorpius warknął niecierpliwie. Nie ważne. Nie teraz. Necare... tak. Necare. Skierował blady łeb w prawo, gdzie wzdłuż szerokiej ulicy, pośród porzuconych samochodów, którym bliżej było do zapomnianych wraków na wysypisku, niż środka lokomocji, stały ciekawskie ludziki. Część z ikoną dwudziestego pierwszego w wyciągniętych dłoniach, kamerowało nową akumę, a część po prostu gapiła się z charakterystycznym dla tego pokolenia połączeniem przerażenia i fascynacji. Tyle ludzików. Nie ma robaka. Masz rację, meō novō amicō* Złoty głos zamruczał cicho pod czaszką łowcy. Tinea* uciekła ze swoim pomocnikiem. Ale nie bój się, jeszcze wróci. Potrzebuje tylko małej zachęty. Słowa wypowiedziane z beztroską pogodą ducha przyspieszyły bicie serca akumy. Zachęta. Tak, meō amicō. W słodkim, złotym głosie zabrzmiała duma, jak u tresera, któremu pies w końcu podał łapę, lub usiadł na dany sygnał. Wiesz, co robić. Chociaż o Scorpiusie nie można było powiedzieć, że wiedział wiele, gdy słowa w głowie umykały przed nim jak ławice małych, figlarnych rybek, tym razem słowo, którego potrzebował, nie uciekło. Jedno czarne, lodowate słowo.
W zdominowanym przez jasny odcień różu i zdjęcia pewnego nastoletniego modela pokoju zdarzenia ostatniej nocy wydawały się być jednym, wielkim złym snem. Ciężko było uwierzyć, że akuma, zamiast wyglądać jak połączenie akrobaty cyrkowego z wróżką Winx, przybrała postać potężnego potwora z koszmarów i omal nie rozszarpała ich na strzępy, gdy, tak samo, jak każdego innego dnia, miękkie materiały leżały posegregowane czekając, aż w przypływie inspiracji młoda projektantka zrobi z nich arcydzieło. Szalona myśl, że Mężczyzna o Złotych Oczach powoli kroczył w ich stronę, niosąc pożogę w połach swojego złotego płaszcza, przegrywała z codziennym i racjonalnym zapachem śniadania, który wdarł się do różowego pokoju przez drzwi w podłodze, wiodące do kuchni połączonej z salonem. Gdy Marinette otworzyła fiołkowe oczy, witając z cichym westchnięciem nowy, piękny poranek, nic, co miało miejsce kilka godzin temu, nie wydawało się prawdziwe. Nawet Tikki, czerwone kwami o wielkich, błękitnych oczach przepełnionych mądrością, na pierwszy rzut oka wydawało się potwierdzać tezę codzienności. Przynajmniej dopóki ich spojrzenia się nie spotkały, a Marinette po raz pierwszy w swoim życiu, zobaczyła w mądrych, błękitnych oczach przerażenie. Cienka powłoka normalności zaczęła się łuszczyć i pękać jak spalona słońcem skóra. Następnym kontrargumentem codzienności było ubranie, w którym dziewczyna się obudziła- jej codzienna biała bluzka z różowymi kwiatkami na prawej piersi, grafitowy żakiet i różowe dżinsy. W głowie zatańczyło jej wspomnienie sprzed kilku godzin, które starała się zignorować i odepchnąć, wymazać z pamięci. Choćby starała się z całych sił, wciąż pamiętała, jak w pośpiechu wpadła do pokoju z zamiarem nakarmienia kwami przed ponownym starciem. Gdy Tikki dostała swoje ulubione ciasteczko z kawałkami czekolady, ona usiadła na chwilę na łóżku, patrząc, jak czerwone kwami stara się jak najszybciej zjeść i prawie natychmiast zasnęła, nawet nieświadoma, jak bardzo zdarzenia nocy ją wyczerpały. Marinette spojrzała na swoje odbicie w lustrze, w duchu zrzucając brak piżamy na karb swojego roztrzepania. Jednak nie ważnie, ile razy to sobie powtarzała, czuła, że to zwykłe kłamstwo. Naprawdę słabe kłamstwo. Przez szczeliny i dziury w normalności zaczęła się przedzierać bestia prawdy. Bestia o złotych ślepiach. Wreszcie trzy małe pudełka czekające cierpliwie, aż otworzą je dłonie ludzi wybranych przez nią na bohaterów (i Chloe). Normalność opadła bezszelestnie jak kurtyna w teatrze. Przedstawienie musi trwać.
Marinette zeskoczyła ze swojego łóżka jak oparzona, chwyciła powierzone jej przez Mistrza Fu miracula i włożyła je do torby. Musiała się spieszyć. Scorpius, jeśli jakimś niezwykłym, szczęśliwym trafem nie uderzył w niego piorun, albo pocisk przeciwpancerny, wciąż łaził po ulicach Paryża. Dla odmiany nie szukając Mężczyzny, tylko ich.
-Marinette.- Czerwone kwami nie patrzyło już w jej kierunku, tylko na ekran komputera, na którym n żywo pokazywany był, jak głosił tytuł 'niepokojący potwór'. Rzeczony pan Niepokojący, blada bestia żywcem wyjęta z koszmaru, przechadzał się w okolicy Liceum Françoise Dupont. Czy poszedł tam za moim zapachem? Marinette poczuła, jak wszystkie włosy na ciele stają jej dęba, a wzdłuż kręgosłupa sunie lodowaty dreszcz. Nie wiedziała, czy stwór potrafiłby rozpoznać jej zapach w cywilnej formie, ale przekonała się wcześniej, że nie wolno go nie doceniać. Wzięła głęboki wdech, by trochę się uspokoić, po czym przemieniła się w ulubienicę całego Paryża i ostatni raz spojrzawszy na Scorpiusa niespiesznie lezącego przed siebie, wyszła na balkon i skierowała się w stronę domu Alya'i.
Biedronka delikatnie zapukała w szybę, licząc, że to wystarczy, by obudzić dziewczynę, której nie potrafi postawić na nogi nawet trenująca boks siostra. Jej obawy zostały rozwiane, gdy tylko pierwszy raz jej dłoń spotkała się z oknem. Przykryty kocem kłębek podskoczył gwałtownie, omal nie spadając z łóżka. I to ja jestem 'tą niezdarną.' przemknęło jej przez głowę, rozszerzając jej usta w lekkim uśmiechu. Alya z trudem wyplątała się z koca, którym była przykryta i na widok Biedronki, natychmiast otworzyła okno. Marinette zobaczyła w dłoni swojej przyjaciółki telefon z breloczkiem podobnym do jej joja. Na dotykowym ekranie akuma poszukiwała tylko sobie znanego celu, wzbudzając jednocześnie ciekawość i przerażenie. W brązowych oczach , w których zawsze lśniła determinacja i gotowość do walki, odbijał się strach. Boi się Z jakiegoś powodu ten fakt wstrząsnął nią nawet bardziej, niż strach Tikki. Alya, która zawsze pchała się w najniebezpieczniejsze miejsca, ta, która z niezmordowanym zapałem podążała za każdą akumą, by nagrać filmik na Biedrobloga, się bała. Prawdopodobnie widząc, z jakim zaskoczeniem Biedronka się jej przygląda, Alya spuściła wzrok, skupiając się na swoich bosych stopach. Złożyła obie dłonie na telefonie, chcąc powstrzymać ich drżenie, ale nie zdało się to na zbyt wiele. Nie wiedziała, co dokładnie demolowało ich miasto, ale wiedziała, że Biedronka potrzebowała jej pomocy. Nie mogła okazać słabości. Mruknęła coś, co brzmiało jak niewyraźne 'jestem gotowa' i wyciągnęła wciąż delikatnie drżącą dłoń. Biedronka zawahała się przez chwilę, wiedząc, że jeśli da jej miraculum, nie będzie już odwrotu Wystawi swoją przyjaciółkę na ogromne niebezpieczeństwo. Jeżeli chcemy mieć szansę, musimy być tam wszyscy. Wsunęła rękę do torby i wyjęła z niej małe pudełko z bezcenną zawartością.
-Potrzebujemy cię.- Biedronka posłała Alya'i lekki uśmiech, chcąc dodać odwagi zarówno jej, jak i sobie. Dziewczyna w okularach odwzajemniła uśmiech i otworzyła małe pudełko. W rozbłysku pomarańczowego światła pojawiło się kwami lisa- Trixx. Chwilę wirowało wokół swojej bohaterki, po czym zawisło koło jej lewego ucha.
-Wiesz. co robić.- Bohaterka wdrapała się na parapet, ale zanim zahaczyła jojo o dach budynku, ostatni raz spojrzała w oczy swojej przyjaciółki. Uśmiech znikł z zamaskowanej twarzy, a napięcie i powaga zalały jej fiołkowe oczy ciemnym granatem. Alya poczuła cienką igłę niepokoju wbijającą się w jej serce. Cokolwiek Biedronka miała powiedzieć, nie zapowiadało się dobrze.- Podążaj za akumą. Obserwuj ją, ale nie zbliżaj się. Unikaj kontaktu i postaraj się nie zostać zauważoną.- Pierwszą reakcją Alya'i był chichot. Nie tyle nerwowe, co prawdziwie rozbawione prychnięcie. Przecież to musiał być żart. Biedronka musiała żartować, albo się przejęzyczyć, bo Alya prędzej uwierzyłaby, że Święty Mikołaj istnieje, niż że jej idolka, wielka bohaterka, niezastąpiona Niezwykła Biedronka, każe jej przyglądać się z boku jak potwór demoluje miasto.
-Ale gdyby ludzie byli w niebezpieczeństwie...- Alya nie dokończyła zdania, widząc, jak Biedronka spuszcza wzrok i przygryza wargę. To nie był żart. -Ale...
-Nie!- Wciąż nie podnosząc oczu, Biedronka przerwała jej z nutką wściekłości i wstydu drgającą w każdej zgłosce. Nie chciała tego robić. Nie chciała opuszczać ludzi w potrzebie. Musiała, nie miała innego wyboru.-Nie. -Czując wzrok pełen dezaprobaty palący jej skórę, zmusiła się, aby spojrzeć swojej przyjaciółce w oczy. Nie miała innego wyboru.- Jeśli zaatakujesz go w pojedynkę, Scorpius cię zabije. To nie jest zwyczajna akuma. Rozszarpie cię na strzępy, jak prawie zrobił to z nami!- Ostatnie słowa wręcz wykrzyczała. Wspomnienie bladej postaci o ziejących pustką ślepiach jakby wydartych we łbie ostrzem i splamionych krwią jej partnera szponach wywołało u niej gęsią skórkę. Nie potrafiła powstrzymać dreszczu, który przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.
Cała nadzieja i wiara w to, że choćby nie wiem co, Biedronka ich uratuje, rozprysła się na milion kawałków. Akuma nie tylko pokonała już raz Niesamowitą Biedronkę, ale zrobiła to w taki sposób, że potężna superbohaterka drży na wspomnienie tego starcia. Magiczny naszyjnik nigdy jeszcze nie ciążył jej tak bardzo.
W zdominowanym przez jasny odcień różu i zdjęcia pewnego nastoletniego modela pokoju zdarzenia ostatniej nocy wydawały się być jednym, wielkim złym snem. Ciężko było uwierzyć, że akuma, zamiast wyglądać jak połączenie akrobaty cyrkowego z wróżką Winx, przybrała postać potężnego potwora z koszmarów i omal nie rozszarpała ich na strzępy, gdy, tak samo, jak każdego innego dnia, miękkie materiały leżały posegregowane czekając, aż w przypływie inspiracji młoda projektantka zrobi z nich arcydzieło. Szalona myśl, że Mężczyzna o Złotych Oczach powoli kroczył w ich stronę, niosąc pożogę w połach swojego złotego płaszcza, przegrywała z codziennym i racjonalnym zapachem śniadania, który wdarł się do różowego pokoju przez drzwi w podłodze, wiodące do kuchni połączonej z salonem. Gdy Marinette otworzyła fiołkowe oczy, witając z cichym westchnięciem nowy, piękny poranek, nic, co miało miejsce kilka godzin temu, nie wydawało się prawdziwe. Nawet Tikki, czerwone kwami o wielkich, błękitnych oczach przepełnionych mądrością, na pierwszy rzut oka wydawało się potwierdzać tezę codzienności. Przynajmniej dopóki ich spojrzenia się nie spotkały, a Marinette po raz pierwszy w swoim życiu, zobaczyła w mądrych, błękitnych oczach przerażenie. Cienka powłoka normalności zaczęła się łuszczyć i pękać jak spalona słońcem skóra. Następnym kontrargumentem codzienności było ubranie, w którym dziewczyna się obudziła- jej codzienna biała bluzka z różowymi kwiatkami na prawej piersi, grafitowy żakiet i różowe dżinsy. W głowie zatańczyło jej wspomnienie sprzed kilku godzin, które starała się zignorować i odepchnąć, wymazać z pamięci. Choćby starała się z całych sił, wciąż pamiętała, jak w pośpiechu wpadła do pokoju z zamiarem nakarmienia kwami przed ponownym starciem. Gdy Tikki dostała swoje ulubione ciasteczko z kawałkami czekolady, ona usiadła na chwilę na łóżku, patrząc, jak czerwone kwami stara się jak najszybciej zjeść i prawie natychmiast zasnęła, nawet nieświadoma, jak bardzo zdarzenia nocy ją wyczerpały. Marinette spojrzała na swoje odbicie w lustrze, w duchu zrzucając brak piżamy na karb swojego roztrzepania. Jednak nie ważnie, ile razy to sobie powtarzała, czuła, że to zwykłe kłamstwo. Naprawdę słabe kłamstwo. Przez szczeliny i dziury w normalności zaczęła się przedzierać bestia prawdy. Bestia o złotych ślepiach. Wreszcie trzy małe pudełka czekające cierpliwie, aż otworzą je dłonie ludzi wybranych przez nią na bohaterów (i Chloe). Normalność opadła bezszelestnie jak kurtyna w teatrze. Przedstawienie musi trwać.
Marinette zeskoczyła ze swojego łóżka jak oparzona, chwyciła powierzone jej przez Mistrza Fu miracula i włożyła je do torby. Musiała się spieszyć. Scorpius, jeśli jakimś niezwykłym, szczęśliwym trafem nie uderzył w niego piorun, albo pocisk przeciwpancerny, wciąż łaził po ulicach Paryża. Dla odmiany nie szukając Mężczyzny, tylko ich.
-Marinette.- Czerwone kwami nie patrzyło już w jej kierunku, tylko na ekran komputera, na którym n żywo pokazywany był, jak głosił tytuł 'niepokojący potwór'. Rzeczony pan Niepokojący, blada bestia żywcem wyjęta z koszmaru, przechadzał się w okolicy Liceum Françoise Dupont. Czy poszedł tam za moim zapachem? Marinette poczuła, jak wszystkie włosy na ciele stają jej dęba, a wzdłuż kręgosłupa sunie lodowaty dreszcz. Nie wiedziała, czy stwór potrafiłby rozpoznać jej zapach w cywilnej formie, ale przekonała się wcześniej, że nie wolno go nie doceniać. Wzięła głęboki wdech, by trochę się uspokoić, po czym przemieniła się w ulubienicę całego Paryża i ostatni raz spojrzawszy na Scorpiusa niespiesznie lezącego przed siebie, wyszła na balkon i skierowała się w stronę domu Alya'i.
Biedronka delikatnie zapukała w szybę, licząc, że to wystarczy, by obudzić dziewczynę, której nie potrafi postawić na nogi nawet trenująca boks siostra. Jej obawy zostały rozwiane, gdy tylko pierwszy raz jej dłoń spotkała się z oknem. Przykryty kocem kłębek podskoczył gwałtownie, omal nie spadając z łóżka. I to ja jestem 'tą niezdarną.' przemknęło jej przez głowę, rozszerzając jej usta w lekkim uśmiechu. Alya z trudem wyplątała się z koca, którym była przykryta i na widok Biedronki, natychmiast otworzyła okno. Marinette zobaczyła w dłoni swojej przyjaciółki telefon z breloczkiem podobnym do jej joja. Na dotykowym ekranie akuma poszukiwała tylko sobie znanego celu, wzbudzając jednocześnie ciekawość i przerażenie. W brązowych oczach , w których zawsze lśniła determinacja i gotowość do walki, odbijał się strach. Boi się Z jakiegoś powodu ten fakt wstrząsnął nią nawet bardziej, niż strach Tikki. Alya, która zawsze pchała się w najniebezpieczniejsze miejsca, ta, która z niezmordowanym zapałem podążała za każdą akumą, by nagrać filmik na Biedrobloga, się bała. Prawdopodobnie widząc, z jakim zaskoczeniem Biedronka się jej przygląda, Alya spuściła wzrok, skupiając się na swoich bosych stopach. Złożyła obie dłonie na telefonie, chcąc powstrzymać ich drżenie, ale nie zdało się to na zbyt wiele. Nie wiedziała, co dokładnie demolowało ich miasto, ale wiedziała, że Biedronka potrzebowała jej pomocy. Nie mogła okazać słabości. Mruknęła coś, co brzmiało jak niewyraźne 'jestem gotowa' i wyciągnęła wciąż delikatnie drżącą dłoń. Biedronka zawahała się przez chwilę, wiedząc, że jeśli da jej miraculum, nie będzie już odwrotu Wystawi swoją przyjaciółkę na ogromne niebezpieczeństwo. Jeżeli chcemy mieć szansę, musimy być tam wszyscy. Wsunęła rękę do torby i wyjęła z niej małe pudełko z bezcenną zawartością.
-Potrzebujemy cię.- Biedronka posłała Alya'i lekki uśmiech, chcąc dodać odwagi zarówno jej, jak i sobie. Dziewczyna w okularach odwzajemniła uśmiech i otworzyła małe pudełko. W rozbłysku pomarańczowego światła pojawiło się kwami lisa- Trixx. Chwilę wirowało wokół swojej bohaterki, po czym zawisło koło jej lewego ucha.
-Wiesz. co robić.- Bohaterka wdrapała się na parapet, ale zanim zahaczyła jojo o dach budynku, ostatni raz spojrzała w oczy swojej przyjaciółki. Uśmiech znikł z zamaskowanej twarzy, a napięcie i powaga zalały jej fiołkowe oczy ciemnym granatem. Alya poczuła cienką igłę niepokoju wbijającą się w jej serce. Cokolwiek Biedronka miała powiedzieć, nie zapowiadało się dobrze.- Podążaj za akumą. Obserwuj ją, ale nie zbliżaj się. Unikaj kontaktu i postaraj się nie zostać zauważoną.- Pierwszą reakcją Alya'i był chichot. Nie tyle nerwowe, co prawdziwie rozbawione prychnięcie. Przecież to musiał być żart. Biedronka musiała żartować, albo się przejęzyczyć, bo Alya prędzej uwierzyłaby, że Święty Mikołaj istnieje, niż że jej idolka, wielka bohaterka, niezastąpiona Niezwykła Biedronka, każe jej przyglądać się z boku jak potwór demoluje miasto.
-Ale gdyby ludzie byli w niebezpieczeństwie...- Alya nie dokończyła zdania, widząc, jak Biedronka spuszcza wzrok i przygryza wargę. To nie był żart. -Ale...
-Nie!- Wciąż nie podnosząc oczu, Biedronka przerwała jej z nutką wściekłości i wstydu drgającą w każdej zgłosce. Nie chciała tego robić. Nie chciała opuszczać ludzi w potrzebie. Musiała, nie miała innego wyboru.-Nie. -Czując wzrok pełen dezaprobaty palący jej skórę, zmusiła się, aby spojrzeć swojej przyjaciółce w oczy. Nie miała innego wyboru.- Jeśli zaatakujesz go w pojedynkę, Scorpius cię zabije. To nie jest zwyczajna akuma. Rozszarpie cię na strzępy, jak prawie zrobił to z nami!- Ostatnie słowa wręcz wykrzyczała. Wspomnienie bladej postaci o ziejących pustką ślepiach jakby wydartych we łbie ostrzem i splamionych krwią jej partnera szponach wywołało u niej gęsią skórkę. Nie potrafiła powstrzymać dreszczu, który przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.
Cała nadzieja i wiara w to, że choćby nie wiem co, Biedronka ich uratuje, rozprysła się na milion kawałków. Akuma nie tylko pokonała już raz Niesamowitą Biedronkę, ale zrobiła to w taki sposób, że potężna superbohaterka drży na wspomnienie tego starcia. Magiczny naszyjnik nigdy jeszcze nie ciążył jej tak bardzo.
Tym razem to Alya spuściła wzrok, przygryzając wargę. Nie
potrafiła wydusić z siebie ani słowa, więc lekko pokiwała głową i wypowiadając
magiczne słowa 'Trixx, do ataku.' przemieniła się w Rudą Kitkę. Po raz pierwszy nie wykrzyknęła hasła z
ekscytacją i wojowniczym błyskiem w brązowych oczach, raczej je wyszeptała, nie
patrząc Biedronce w oczy. Bez słowa minęła Biedronkę i wyskoczyła przez okno w
budzący się poranek, odcinając się ciemną sylwetką na bladoróżowym niebie.
Marinette chwilę patrzyła jak jej przyjaciółka znika z pola widzenia, po czym z
cichym westchnieniem zaczepiła swoje jojo o komin budynku i skierowała się do
domu kolejnego bohatera. Modliła się, aby wciąganie ich w to wszystko nie było
błędem. Śmiertelnym błędem.
Nino też nie spał gdy Biedronka zapukała w szybę jego
okna. Przechadzał się w kółko po pokoju, raz po raz przyciskając telefon do
ucha albo krzycząc na niego. Wydawał się być bliski paniki. Gdy ciche pukanie
przywołało go rzeczywistości, podskoczył jak oparzony, upuszczając telefon na
ziemię. Zupełnie jak Alya. Pomyślała Mari. Pasują do
siebie jak ulał. Gdy tylko Nino zauważył, że za oknem nie czai się
akuma, a Zbawczyni Paryża, Niesamowita Biedronka, z prędkością światła znalazł
się przy oknie i wpuścił ją do środka. Tutaj nie było tak czysto, jak u jego
dziewczyny, ale i tak sytuacja o wiele się poprawiła, od kiedy Alya wzięła go w
obroty. Przynajmniej można było zobaczyć meble. Gdy tylko postawiła stopy na
miękkim dywanie (Mari miała nadzieję, że to tylko dywan) sięgnęła do
zawieszonej na ramieniu torby, by wyciągnąć miraculum żółwia. Nawet nie
zauważyła, gdy ręka Nino zacisnęła się na jej ramieniu. Natychmiast podniosła
na niego spojrzenie fiołkowych oczu i zobaczyła nie strach, a graniczące z
szaleństwem przerażenie rozświetlające piwne oczy chłopaka jasnymi refleksami.
Próbowała odsunąć się o krok, ale jej nie puścił. Ciemna skóra jego ramienia
poryta była gęsią skórką. Chłopak chwilę jakby się wahał, bojąc się usłyszeć
odpowiedź na swoje pytanie, jednak zanim zmusił się, żeby je wypowiedzieć,
Biedronka dodała dwa do dwóch i prawie parsknęła śmiechem. Dlaczego od razu nie
zorientowała się, o co chodzi?
-Jest bezpieczna.- Uśmiechnęła się uspokajająco, widząc jak twarz Nino
diametralnie się zmienia. Napięte mięśnie się rozluźniły, a w piwnych oczach
odbiła się ulga. Przez chwilę patrzył na nią, jakby nie wierząc, po czym z
cichym westchnieniem upadł na kolana.
-D-dzwoniła do mnie, ale nie odebrałem, bo myślałem, że znowu chce
rozmawiać o swoich teoriach, a ja byłem strasznie śpiący, bo to byłby już piąty
raz z rzędu, kiedy nie śpię z tego powodu...- Wyrzucił z siebie z prędkością
karabinu maszynowego. Głos łamał mu się lekko od poczucia winy.- Zignorowałem
ją, chociaż dzwoniła kilka razy... Ja... Jak mój brat wpadł do mojego pokoju z
płaczem, że na dworze jest potwór, włączyłem telefon i zobaczyłem to... to COŚ
i byłem pewien, że właśnie dlatego do mnie dzwoniła... Byłem pewien, że za nim
poszła, że jest tam całkiem sama, bo ja, skończony dupek i egoista nie
odebrałem telefonu i nie wybiłem jej tego z głowy.- Schował twarz w dłoniach,
ale nie zaczął płakać. Wziął kilka głębokich wdechów i przywołał się do
porządku.- Ale po tym, że tutaj jesteś, zgaduję, że Alya już zmierza w stronę
tej bestii.- Ku zdziwieniu Biedronki, w oczach chłopaka widziała cień wyrzutu.
Bał się o nią nawet wtedy, gdy miała na sobie magiczny kostium i tym razem miał
cholerną rację.
-Nie zbliży się do niego. Ma tylko obserwować, dopóki wszyscy do
niej nie dołączymy. Ty zrób to samo, podążajcie za nim, ale pod żadnym pozorem
nie stawajcie do walki.- Nino nie kłócił się z nią, ale lekko się skrzywił, gdy
zaakcentowała 'pod żadnym pozorem'. Pokiwał głową i wyciągnął dłoń po małe
pudełeczko, w którym czekało na niego miraculum. Biedronka sięgnęła do torby i
podała mu je. Tym razem nie czekała aż się przemieni, tylko od razu skierowała
się w stronę otwartego okna. Musiała się spieszyć.
-Uważaj na siebie, Biedronko.- Powiedział Nino, gdy zamachnęła
się, by zaczepić jojo o jeden z balkonów.- Beż ciebie nie mamy szans.- Bez
słowa wyskoczyła i huśtnęła się w stronę Grand Palace, gdzie czekała na nią
ostatnia bohaterka. Nie potrafiła odeprzeć od siebie myśli, że tak, czy siak
nie mają szans.
Chloe jako jedyna spała snem sprawiedliwych,
nieświadoma niebezpieczeństwa, jakie spadło na Paryż. W wielkim, luksusowym
pokoju, na miękkim łóżku z baldachimem, przywodzącym na myśl łoże księżniczki
spała blondynka w paskowanej pidżamie z miękkiego, błyszczącego materiału. Jej pozycja bynajmniej nie była godna księżniczki-
leżała na brzuchu, z prawą nogą podwiniętą pod siebie, a drugą wyciągniętą w
lewo tak, że z tułowiem tworzyła kąt prosty. Prawa ręka opierała się o czoło,
chroniąc oczy przed perfidnymi promieniami budzącego się poranka, które chciały
skrócić jej błogi sen. Lewa spoczywała na nowiusieńkim smartphonie w
błyszczącym, ozdobnym etui. Obrazek dopełniał kosmyk włosów, który, zamiast
grzecznie opadać na poduszkę, wsunął jej się do ust.
Gdyby nie powaga sytuacji, Marinette nie powstrzymałaby się od zrobienia
zarozumiałej dziewczynie, kilku zdjęć na pamiątkę ale w obliczu
niebezpieczeństwa nawet nie przeszło jej to przez myśl. Bez zbędnych ceregieli
podeszła do łóżka od prawej strony i położyła dłoń na ramieniu dziewczyny. Gdy
to nie wystarczyło, potrząsnęła nią zdecydowanie, powtarzając kilka razy jej
imię, dzięki czemu Chloe mruknęła coś niewyraźnie i usiadła, ewidentnie
skołowana. Chwilę wpatrywała się w postać w czerwonym stroju, nie do końca
wiedząc, co u licha się dzieje, ale gdy tylko jej mózg dobudził się na tyle, by
przetworzyć to, co widziała, natychmiast zrozumiała, kto stał przed nią.
-Biedronka? Ty tutaj? W końcu zrozumiałaś jak świetną i potrzebną bohaterką
jestem?- Mówiąc to wypięła dumnie pierś i przeczesała złote, zmierzwione przez
poduszkę loki idealnie wypielęgnowanymi paznokciami. Marinette nie mogła się
powstrzymać przed przewróceniem oczami. Cała Chloe. Ignorując
grymas bohaterki, blondynka wyciągnęła dłoń po pudełeczko, w którym czekało na
nią upragnione miraculum. Biedronka wyjęła je z torby i niechętnie podała
dziewczynie w pidżamie. Chloe otworzyła je powoli, z namaszczeniem i wydała
cichy pisk radości, gdy wyleciało z niego żółte kwami w czarne paski, o niezwykłych oczach-
białka były granatowe, a tęczówki brązowe. Szyję malucha okalał trochę jaśniejszy
puszek. Stworzonko imieniem Pollen zawirowało wokół blondynki, po czym delikatnie skłoniło nieproporcjonalnie dużą głowę w ukłonie, witając posiadaczkę miracula- spinki.
-Witaj, moja królowo.- Kwami zauważyło Biedronkę i jej też chciało się ukłonić, ale zobaczywszy zniecierpliwienie na jej twarzy, zrezygnowało z grzeczności. Chloe wpięła miraculum we włosy i z entuzjazmem godnym pięciolatki idącej do wesołego miasteczka, wypowiedziała magiczne słowa.
-Pollen, szykuj żądło!- Złoty blask zalał pokój, gdy Chloe przemieniła się w Królową Pszczół- jedyną superbohaterkę, której tożsamość nie pozostawała dla paryżan tajemnicą, jak i jedyną, na widok której ludzie byli skłonni poszukać bezpieczniejszego miejsca, zamiast zaufać jej zdolnościom. Nie żeby ją to obchodziło- pomimo powolnego procesu 'poprawiania' charakteru panienki Bourgeois, Marinette zdołała zaobserwować, dziewczyna wciąż była skoncentrowana głównie na sobie, a opinie innych, szczególnie gdy nie byli oni przystojnymi, nastoletnimi modelami, nie spędzały jej snu z powiek.
-Jestem gotowa, Biedronko!- Ekscytacja lśniła w błękitnych oczach Królowej Pszczół, całkowicie nieświadomej niebezpieczeństwa, jakie czyhało na nią na ulicach Paryża. Marinette po raz kolejny zawahała się, czy wysyłanie do walki jej przyjaciół (i Chloe) to mądra decyzja. Scorpius przecież mógł z łatwością rozszarpać ją na strzępy, tak jak prawie zrobił to z Czarnym Kotem. Po raz pierwszy od starcia Biedronka pomyślała o swoim partnerze. Gdyby jak zawsze nie nadstawiał za mnie karku, byłby teraz cały i zdrowy. Ku jej zdziwieniu myśl była pełna złości, nie poczucia winy. Ale za co się winić? Przecież nie kazała mu tego robić. Sama dałaby sobie radę, jak zawsze, ale nie, bo on, wielce 'dżentelmen' musiał się wtrącić. Pokręciła głową, przypominając sobie gdzie jest i co musi zrobić. Kazała Chloe iść za sobą i pod żadnym pozorem nie hałasować. To ostatnie szczerze rozbawiło Królową, bo jak ona, najlepsza pomocniczka samej Biedronki, miałaby nie wiedzieć czegoś tak oczywistego? Los szybko raczył jej to uzmysłowić.
Gdy Biedronka i Królowa Pszczół dołączyły do Kitki i Pancernika, Scorpius zajmował się sprawdzaniem wytrzymałości szkła, z którego zrobiono piramidę przy wejściu do Luwru, poprzez rzucanie jej do wnętrza budynku przez zdemolowaną ścianę. Oboje siedzieli po niewidocznej dla akumy stronie dachu muzeum, przyglądając się bezczynnie jak bestia roznosi na strzępy dorobek kulturowy sprzed wieków i kilku jego ochroniarzy. Oboje mieli na twarzach wymalowane grymasy bólu i wstydu, a w oczach lisiej bohaterki połyskiwały srebrne łzy. Biedronka doskonale ją rozumiała. Gdy ona i Chloe dotarły na miejsce, a jej oczom ukazały się ciała ludzi rozerwane i wypatroszone, przygniecione gruzem, lub nabite na kawałki metalowego szkieletu, który dawniej utrzymywał szklaną piramidę w jednym kawałku, żołądek podszedł jej do gardła, a płuca na chwilę zacisnęły się, wyciskając z niej całe powietrze. Zmusiła się, by skierować wzrok na parę superbohaterów, jednocześnie próbując nie patrzeć im w oczy. Dopiero po chwili przypomniała sobie o Chloe, która właśnie po raz pierwszy widziała nowego posłańca Władcy Ciem Czy raczej Złotego Mężczyzny. Pomyślała, przypominając sobie jego lśniące oczy i głęboki, przesycony mocą głos przemawiający w obcym języku. Lodowaty dreszcz prześlizgnął się wzdłuż jej kręgosłupa. Miała nadzieję, że tym razem już się nie pojawi. Scorpius był wystarczającym wyzwaniem.
Królowa Pszczół wpatrywała się w potężną, bladą postać z przerażeniem i niedowierzaniem. Twarz pod żółto- czarną maską raz robiła się blada jak papier, raz zieleniała, a usta, delikatnie rozchylone, zamarły w niemym jęku.
-C-co to jest?- Zapytała łamiącym się głosem, nie mogąc oderwać oczu od wielkich, ostrych pazurów, które, niegdyś prawie białe, teraz ociekały czerwienią. Nie doczekała się odpowiedzi, ale pewnie i tak by jej nie dosłyszała przez huk jej własnego serca, które wydawało się gruchotać jej żebra od wewnątrz, jednocześnie będąc jedynym działającym organem w jej ciele. Nagle i ono zamarło, gdy troje czarnych, pustych oczu skierowało się w jej stronę, przewiercając ją na wylot i unieruchamiając jej wszystkie mięśnie. Gdzieś z tyłu głowy zarejestrowała, że Biedronka karze jej się schować, potem łapie ją za nadgarstek i ciągnie, ale bezskutecznie. Chloe ani drgnęła. Zresztą co za różnica? Scorpius już ją zobaczył. Czarna, bezdenna wyrwa służąca mu za usta rozchyliła się szerzej w uśmiechu.
Wreszcie się pojawiła. Scorpius od dawna wyczuwał zapach podążającej za nim lisicy, ale Mężczyzna zabronił mu atakować. Jeszcze nie czas, meo amico. Wkrótce będziesz mógł się zabawić, ale musimy poczekać na spóźnialskich. To przecież niegrzeczne, żeby zaczynać bez kompletu gości. By zająć się jakoś, Scorpius postanowił pobawić się w (pira- pire-midum). Kilka człowieczków chciało do niego dołączyć, ale szybko gra przestała im się podobać, a oni sami zamarli w bezruchu. Necare. Mruczał głos w jego głowie. Jedyne słowo, co do którego był pewien, że nigdy go nie opuści. Słodkie i zimne jak stal, dźwięczało w jego głowie jak mantra, gdy bawił się z człowieczkami i gdy szklana piru-midum ustępowała pod ciosami jego potężnych łap jak zamek z piasku. Wtedy Mężczyzna znowu przemówił, wywołując u akumy niski, gardłowy pomruk ekscytacji, który poniósł się po zdemolowanym gmachu Luwru. Demum.*
W ciągu kilku chwil Scorpius wdrapał się na dach, zdrapując tynk z wiekowych ścian. Nagła bliskość stwora zadziałała na Chloe jak policzek, uwalniając jej napięte mięśnie ze szponów strachu i umożliwiając ucieczkę. Wszyscy puścili się biegiem, modląc się, by prześcignąć bestię i znaleźć bezpieczne schronienie. Potrzebowali planu. Potrzebowali mocy Biedronki, a ta musiała mieć chwilę, by dać im obie te rzeczy. W końcu Kitka pękła. Widziała ludzi ginących przez jej strach. Bezczynnie oglądała jak ten potwór niszczy jej miasto. Nawet jeśli magiczne stroje ich nie ochronią, nie miała zamiaru uciekać. Wyhamowała i ruszyła na akumę, w duchu modląc się, by to nie był ostatni głupi pomysł w jej życiu.
Widząc nadciągającą bohaterkę, Scorpius wyszczerzył się jeszcze bardziej. Zabawa... Zabij... Zabawa! To zabawne, jak podobne są te dwa słowa, dla Chłopca, Który Już Nie Miał Imienia, od dawna stały się jednoznaczne. Oba słodkie jak miód i lodowate jak stal. Tym razem Scorpius naprawdę się zaśmiał. Gardłowy rechot przypominał odgłos dławienia się połączony z rykiem lawiny. To on sprawił, że pozostali się odwrócili i zobaczyli jak Ruda Kitka kieruje się ku swojej śmierci. Pancernik natychmiast rzucił się za nią, nie zważając na wielką, opancerzoną bestię, ani na strach który w innym wypadku pewnie by go sparaliżował. Ale nie tym razem, bo gdy Alya była w niebezpieczeństwie, nie liczyło się nic innego.
Rudowłosa weszła w zasięg potężnych pazurów akumy, ale zdołała ominąć cios, który niemal rozszarpał jej twarz. Dostała się dość blisko, by zadać cios, więc z całej siły uderzyła w brzuch potwora swoim magicznym fletem. W tym momencie każdy złoczyńca w filmach akcji, jak i każdy, którego dotąd zdarzyło jej się spotkać na polu walki, łamał się wpół i zataczał, ale coś mówiło Alya'i, że nie może liczyć na tak wiele. Jednak poczuła ogromne rozczarowanie, gdy jedynym efektem uderzenia było bolesne mrowienie w nadgarstku i donośne KLANG! Z przerażeniem spojrzała w górę, prosto w puste, czarne ślepia niewzruszonego jej mierną próbą Scorpiusa. Ten znów zarechotał, a ogromny kolec jadowy poszybował w stronę głowy dziewczyny. W ostatnim momencie pomiędzy bestią a bohaterką pokazała się świecąca, zielona kopuła- specjalna zdolność Pancernika. Chłopak dopadł do niej i przytulił ją, dysząc ciężko.
-Nigdy... więcej... tak... nie rób...-Nino odsunął się od ukochanej i spojrzał w stronę akumy, która omal nie zrobiła z niej mokrej plamy. Scorpius skrzeczał i prychał, drapiąc zieloną tarczę i uderzając w nią potężnym kolcem. Wtedy po raz pierwszy, od kiedy tych dwoje go śledziło, fioletowy symbol motyla pojawił się przed ślepiami akumy. Był niewyraźny i ciągle migotał, jakby Władca Ciem nie potrafił złapać sygnału. Scorpius nie wydawał się zachwycony konwersacją. Z jeszcze większą wściekłością zaczął drapać kopułę, sprawiając, że ta zaczęła drżeć i rozbłyskiwać jasnym światłem. Przez chwilę Nino bał się, że nawet jego Osłona nie będzie w stanie przeciwstawić się destrukcyjnej sile pazurów potwora, ale akuma zdawała się nagle stracić zainteresowanie ich dwójką, całkowicie zaabsorbowana fioletowym motylkiem. Zostawiła kopułę w spokoju i próbowała zdrapać symbol, żłobiąc płaskie rysy w jasnym pancerzu na twarzy. Wykorzystując chwilę nieuwagi, oboje wycofali się i odszukali Biedronkę oraz Królową Pszczół, które schowały się wewnątrz muzeum. Na ich widok Biedronka zrobiła minę, jakby miała zaraz rozpłakać się z ulgi. Przytuliła ich oboje, mamrocząc przeprosiny, że ich w to wplątała. Ryk wściekłej bestii dźwięczał w korytarzach pustego muzeum, jak grom zwiastujący nadejście burzy. Musieli działać szybko.
Głos Motyla w głowie Scorpiusa brzęczał jak natrętny owad. Powtarzał coś o umowie i mir-u-sulach. Łowca nie potrafił go zrozumieć. Tyle słów... dziwnych słów. Obcych. Motyl zagroził, że jeśli mu czegoś nie przyniesie, odbierze Scorpiusowi jego moce, co szalenie by go rozbawiło, gdyby nie fakt, że głupi owad umniejszył szczodrą dobroć Złotego Mężczyzny. Jak śmiał?! Nie był niczym w porównaniu do Niego, a jednak uważał nowe zdolności Łowcy za własną zasługę?! Scorpius próbował rozerwać więź z namolnym głosem, ale fioletowy blask, choćby drapał z całych sił, nie opuszczał jego oczu. Nawet nie zauważył, gdy jego praedae* uciekły. Wściekłość gotowała jego wnętrzności na wolnym ogniu, wywołując prawie że fizyczny ból. Zawiódł. Robak uciekł, a on nie potrafił nawet ukarać Motyla za jego zuchwałość. Mężczyzna mu zaufał, a on został pokonany przez fioletowy głos brzęczący tysiącami obcych słów. W ryku, który wydarł się z gardła akumy, słychać było frustrację odbijającą się echem po gmachu zdemolowanego muzeum. Nagle niewidoczna fala ciepła uderzyła Scorpiusa z wszystkich stron, chwiejąc potężną sylwetką jak szmacianą lalką. Gorąc, który go ogarnął, wydawał się wnikać do wnętrza, smażąc tkanki żywcem i spopielając kości. Kolejny wrzask nie brzmiał jak wojenny okrzyk Łowcy, który służył Złotemu Mężczyźnie. To był przerażony głos chłopca, przepełniony bólem i rozpaczą. Ryk Scorpiusa może i był straszny, ale to krzyk chłopca, który kiedyś nazywał się Leo, budził to pierwotne, zwierzęce przerażenie, które ogarnia umysł i zdolność racjonalnego myślenia. Gdy wewnętrzny pożar ustąpił rześkiemu powietrzu poranka, a dziecięcy głos zamarł w gardle akumy, zatapiając świat w struchlałej ciszy, Scorpius zauważył, że głos Motyla zamilkł, zostawiając jego głowę przyjemnie pustą i wolną od brzęczenia. Teraz, gdy już mógł się skupić, pochylił łysą, bladą głowę nisko, węsząc i nasłuchując. Już po chwili wiedział, gdzie bohaterowie się ukryli, wyczuwał ich obecność, jak w tandetnych horrorach spirytualiści i inne czarownice wyczuwali 'nieszczęsne dusze nawiedzające to miejsce'. Nie było dla nich ucieczki.
Troje młodych bohaterów stało w ciasnym okręgu, słuchając w skupieniu słów Biedronki, która trzymała oburącz znak drogowy w całości czerwony w czarne kropki- efekt użycia Szczęśliwego Trafu. Jeszcze nie wiedziała, co dokładnie musiała zrobić- pewnie dowie się dopiero, gdy wyjdą na spotkanie akumy. Ustalali, w jakiej kolejności pójdą, oraz kto będzie obserwował którą stronę ich maleńkiego pochodu, gdy na prawym ramieniu ich nieustraszonej liderki wylądowała dłoń, wywołując piskliwy wrzask całej grupy (Nino zarzekał się, że on zachował spokój, ale Alya doskonale wiedziała, że jego pisk walczył o miano najwyższego z głosem samej Biedronki) Ku zaskoczeniu, jak i wielkiej uldze, gdy spojrzeli na stojącą za nimi postać, ich oczom nie ukazał się Władca Ciem, potworna akuma, ani Latający Potwór Spaghetti, tylko wysoki blondyn w czarnym stroju, o zielonych, kocich oczach na co dzień błyskających humorem zza czarnej maski. Wyglądał na szczerze zdezorientowanego powitaniem, jakie mu zgotowali, ale zanim zdążył powiedzieć cokolwiek (co pewnie byłoby grą słowną o kociej tematyce) Biedronka złapała go za ramiona, z paniki przechodząc z prędkością światła do furii.
-Co ty tu robisz?!- Warknęła półgłosem, nie chcąc niepotrzebnie zwracać uwagi Scorpiusa.
-Nie cieszysz się, że mnie widzisz?- Pomimo ostrego bólu, który eksplodował w jego lewym ramieniu, gdy zacisnęła się na nim dłoń jego ukochanej, Czarny Kot obnażył białe zęby w olśniewającym uśmiechu. Biedronka westchnęła z irytacją i puściła swojego partnera, przypominając sobie, o pamiątce, którą tej nocy zostawiła mu akuma. Przez chwilę poczuła wstyd, że tak łatwo o tym zapomniała, ale gdy jej fiołkowe oczy zatrzymały się na leżącym u ich stóp znaku Stop, wszystkie inne myśli wyparowały z jej głowy. Westchnęła cicho i złapała metalowy drążek, z trudem unosząc go w górę. Czarny Kot z niemałym rozbawieniem spojrzał na ich nowy 'klucz do zwycięstwa'.
- To jest Szczęśliwy Traf? Mamy pokierować akumę na lepszą ścieżkę życiową?- Żart skwitowała martwa cisza jego przerażonych towarzyszy w niedoli. Adrien ani trochę im się nie dziwił. Sam próbował ukryć strach, który budził w nim Scorpius, za barwną osłoną humoru. Ramię wciąż rwało ostrym bólem, przypominając mu, że nie wolno lekceważyć ich przeciwnika.
Reakcja Biedronki ani trochę go nie zdziwiła, chociaż liczył na zmartwienie i współczucie, a nie złość... Nie dość, że jest niesamowita, to jeszcze taka nieprzewidywalna! W duchu zobaczył jak Plagg, jego kwami, przewraca kocimi oczami, co nie przytłumiło płomienia miłości radośnie palącego się w piersi chłopaka. Spojrzał na jej śliczną twarz o delikatnych rysach i fiołkowe oczy obramowane gęstymi rzęsami. I jak tu jej nie kochać?
Biedronka rozdzieliła wszystkim zadania, nie przestając się rozglądać. Od jakiegoś czasu Scorpius był dziwnie cicho, co naprawdę ją niepokoiło. Mógł skradać się w ich kierunku, niosąc śmierć na ostrych szponach, albo przygotować własną zasadzkę. Mógł też pójść siać spustoszenie gdzieś indziej, ale Marinette miała nieprzyjemne przeczucie, że oni byli jego celem i że tym razem nie wywiną się tak łatwo. Musi nam się udać. Bestia nie da nam kolejnej szansy.
Postać w czarnym kostiumie ze złotym dzwonkiem na szyi prawie bezszelestnie przeskakiwała kupy gruzu- swoisty podpis akumy na pięknej twarzy Paryża. Scorpius udawał, że ciemna sylwetka umknęła jego uwadze. Złoty głos szeptał cicho tuż pod warstwą podświadomości Czekaj. Czekaj. Łowca okazał posłuszną cierpliwość, chociaż od wewnątrz zżerał go głód krwi. Już nie chodziło tylko o rozkaz Złotego Mężczyzny. Tinea i jej zgraja ośmielili się z niego zakpić, a on, Scorpius, nie należał do tych, z których powinno się żartować. Myśleli, że schowanie się na chwilę coś im da? Ha! Rozerwanie ich małych, miękkich ciałek będzie czystą przyjemnością, a gdy już złoży ich trupy u stóp Mężczyzny, ten przyjmie go na stałe, jako swego lojalnego sługę! Scorpius ledwo powstrzymał się przed rzuceniem się na postać, nawet, jeśli Mężczyzna nakazywał mu cierpliwość. Nawet, jeśli ubrana w czarny, imitujący skórę, strój postać nie pachniała tak samo, jak ostatnio. Gdy tylko wszedł w zasięg ogona Łowcy, ogromny kolec jadowy spadł na chłopaka, praktycznie rozcinając go na pół. A przynajmniej tak powinno się stać, bo sylwetka rozwiała się po zetknięciu z kolcem, zmieniając słodką słodycz satysfakcji w palący gniew. Kolejna gra! Kolejna szut-sztu...czka?! Scorpius zerwał się na równe nogi i zapominając o złotych słowach, zaczął miotać się po gruzowisku, szukając skrytki tego wstrętnego fēlis*. Nagle znikąd wyskoczyła na niego blondynka w żółto-czarnym stroju. W prawej ręce trzymała bączek w paski tego samego koloru, co jej kostium. Krzyknęła 'Żądło!' i dotknęła nim ramienia Scorpiusa. Łowca nie poczuł bólu, na który się przygotował, jedynie łaskotanie. Chciał zaśmiać się w twarz głupiej dziewczynie, ale nie potrafił się ruszyć. Wszystkie mięśnie jego ciała wydawały się zamienić w twardy, lodowaty kamień. Próbował zmusić się do choćby drgnięcia, ale jego kończyny pozostały w miejscu, zostawiając Scorpiusa bezbronnego. Złoty głos nie powiedział ani słowa, ale Łowca czuł rozczarowanie, które wywołał u Mężczyzny. To bolało go bardziej, niż fakt przegranej.
Chloe schowała się natychmiast, gdy tylko użyła swojej specjalnej mocy na akumie. Nie sprawdzała, czy Żądło zadziałało, czy jedynie rozwścieczyło potwora. Od razu zniknęła za najbliższym kawałkiem betonu i skuliła się, czekając na pełen dzikiej furii ryk, oznaczający, że Scorpius zaraz ją dopadnie. Ale nic takiego nie miało miejsca. Po jej ataku nastąpiła jedynie cisza. Z iskierką nadziei błyskającą nieśmiało w piersi, Królowa Pszczół odliczyła do dwudziestu, zgodnie z rozkazem Biedronki i ostrożnie wyjrzała zza krawędzi betonowej płyty, upewniając się, że jest bezpiecznie. Zobaczyła potężną, białą postać, która rzuciła cień strachu na ich miasto. Czemu on jest taki ogromny? Muskularne cztery ramiona i długi ogon wydawały się być grubości konarów, a okuta bladym pancerzem pierś, szeroka jak samochód. Chwilę stała i wpatrywała się w zamarłą w bezruchu sylwetkę, która w innych okolicznościach rozerwałaby ją na strzępy równie łatwo, jak ona odrywała kawałki croissantów... wypełnionych w tym wypadku krwią i wnętrznościami. Mimowolnie się wzdrygnęła. Podeszła do Scorpiusa i dotknęła jego brzucha, czując gładką, lodowatą powierzchnię pod palcami. Ośmielona zacisnęła dłoń w pięść i z całej siły go uderzyła. Po zdemolowanym Luwrze, dotąd cichym, jakby wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na nadchodzącą walkę, poniosło się ciche klang! a prawa dłoń Chloe eksplodowała bólem. Dziewczyna złapała się za nadgarstek i spojrzała z mieszaniną tryumfu i wrzutu na nieruchomą postać, przypominającą bardziej groteskową rzeźbę z gabinetu osobliwości, albo dzieło jakiegoś obłąkanego artysty, niż akumy, które dotąd atakowały Paryż. Nieważne. Pomyślała, krzyżując ręce na piersi. Zuchwały uśmiech rozjaśnił jej oblicze. Straszny, czynie, był strasznie głupi myśląc, że zdoła pokonać Biedronkę...szczególnie gdy ona, Królowa Pszczół jej pomagała! Przypominająca pszczołę spinka w jej złotych włosach zapikała cicho, oznajmiając jej, że za cztery minuty przemieni się w swoją cywilną formę. Nawet nie zauważyła, gdy Biedronka we własnej osobie pojawiła się obok niej, wciąż ze strachem wpatrując się w potężnego potwora. Ruda Kitka i Pancernik stali tuż za nią, wciąż gotowi do walki. Naszyjnik podobny do lisiego ogona na szyi Reny też dał o sobie znać cichym pikaniem, ostrzegając, że w stroju bohaterki dziewczyna pozostanie już tylko przez trzy minuty.
Czarny Kot z trudem dołączył do pozostałych, przeklinając swoją słabość i bezużyteczność. Lewy bark, żebra i ręka chłopaka pulsowały tępym bólem, który wzmagał się za każdym razem, gdy się poruszył, albo wziął głębszy wdech. Adrien starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo dokucza mu rana na ramieniu, ale zmartwiona mina Biedronki podpowiadała mu, że jest z niego jeszcze gorszy aktor, niż superbohater. Stanął za półokręgiem otaczającym Scorpiusa i wbił spojrzenie kocich oczu w czubki swoich butów, z trudem powstrzymując łzy bólu i wstydu. Był bezużyteczny i dzisiaj tego dowiódł. Nie potrafił obronić nawet samego siebie, a chciał stać u boku Niesamowitej Biedronki i chronić mieszkańców Paryża? Ha! Żałosny. Idiota. Kątem oka spojrzał w stronę najlepszej z najlepszych, dziewczyny jego snów i zobaczył zmartwienie w jej fiołkowych oczach. To przez niego się martwiła. Głupi! Głupi! Posłał jej najszerszy i najjaśniejszy uśmiech, na jaki potrafił się zdobyć. Musiał przestać się zadręczać. Przecież nie chciałby przysporzyć Biedroneczce jeszcze więcej zmartwień! Odepchnął od siebie negatywne myśli, wiedząc, że tej nocy i tak nie zaśnie, myśląc tylko o tym, jak bardzo zawiódł. Przynajmniej już po wszystkim. Biedronka zaraz wszystko naprawi, włącznie ze mną. Wszystko będzie dobrze.
Gdy Biedronka i Królowa Pszczół dołączyły do Kitki i Pancernika, Scorpius zajmował się sprawdzaniem wytrzymałości szkła, z którego zrobiono piramidę przy wejściu do Luwru, poprzez rzucanie jej do wnętrza budynku przez zdemolowaną ścianę. Oboje siedzieli po niewidocznej dla akumy stronie dachu muzeum, przyglądając się bezczynnie jak bestia roznosi na strzępy dorobek kulturowy sprzed wieków i kilku jego ochroniarzy. Oboje mieli na twarzach wymalowane grymasy bólu i wstydu, a w oczach lisiej bohaterki połyskiwały srebrne łzy. Biedronka doskonale ją rozumiała. Gdy ona i Chloe dotarły na miejsce, a jej oczom ukazały się ciała ludzi rozerwane i wypatroszone, przygniecione gruzem, lub nabite na kawałki metalowego szkieletu, który dawniej utrzymywał szklaną piramidę w jednym kawałku, żołądek podszedł jej do gardła, a płuca na chwilę zacisnęły się, wyciskając z niej całe powietrze. Zmusiła się, by skierować wzrok na parę superbohaterów, jednocześnie próbując nie patrzeć im w oczy. Dopiero po chwili przypomniała sobie o Chloe, która właśnie po raz pierwszy widziała nowego posłańca Władcy Ciem Czy raczej Złotego Mężczyzny. Pomyślała, przypominając sobie jego lśniące oczy i głęboki, przesycony mocą głos przemawiający w obcym języku. Lodowaty dreszcz prześlizgnął się wzdłuż jej kręgosłupa. Miała nadzieję, że tym razem już się nie pojawi. Scorpius był wystarczającym wyzwaniem.
Królowa Pszczół wpatrywała się w potężną, bladą postać z przerażeniem i niedowierzaniem. Twarz pod żółto- czarną maską raz robiła się blada jak papier, raz zieleniała, a usta, delikatnie rozchylone, zamarły w niemym jęku.
-C-co to jest?- Zapytała łamiącym się głosem, nie mogąc oderwać oczu od wielkich, ostrych pazurów, które, niegdyś prawie białe, teraz ociekały czerwienią. Nie doczekała się odpowiedzi, ale pewnie i tak by jej nie dosłyszała przez huk jej własnego serca, które wydawało się gruchotać jej żebra od wewnątrz, jednocześnie będąc jedynym działającym organem w jej ciele. Nagle i ono zamarło, gdy troje czarnych, pustych oczu skierowało się w jej stronę, przewiercając ją na wylot i unieruchamiając jej wszystkie mięśnie. Gdzieś z tyłu głowy zarejestrowała, że Biedronka karze jej się schować, potem łapie ją za nadgarstek i ciągnie, ale bezskutecznie. Chloe ani drgnęła. Zresztą co za różnica? Scorpius już ją zobaczył. Czarna, bezdenna wyrwa służąca mu za usta rozchyliła się szerzej w uśmiechu.
Wreszcie się pojawiła. Scorpius od dawna wyczuwał zapach podążającej za nim lisicy, ale Mężczyzna zabronił mu atakować. Jeszcze nie czas, meo amico. Wkrótce będziesz mógł się zabawić, ale musimy poczekać na spóźnialskich. To przecież niegrzeczne, żeby zaczynać bez kompletu gości. By zająć się jakoś, Scorpius postanowił pobawić się w (pira- pire-midum). Kilka człowieczków chciało do niego dołączyć, ale szybko gra przestała im się podobać, a oni sami zamarli w bezruchu. Necare. Mruczał głos w jego głowie. Jedyne słowo, co do którego był pewien, że nigdy go nie opuści. Słodkie i zimne jak stal, dźwięczało w jego głowie jak mantra, gdy bawił się z człowieczkami i gdy szklana piru-midum ustępowała pod ciosami jego potężnych łap jak zamek z piasku. Wtedy Mężczyzna znowu przemówił, wywołując u akumy niski, gardłowy pomruk ekscytacji, który poniósł się po zdemolowanym gmachu Luwru. Demum.*
W ciągu kilku chwil Scorpius wdrapał się na dach, zdrapując tynk z wiekowych ścian. Nagła bliskość stwora zadziałała na Chloe jak policzek, uwalniając jej napięte mięśnie ze szponów strachu i umożliwiając ucieczkę. Wszyscy puścili się biegiem, modląc się, by prześcignąć bestię i znaleźć bezpieczne schronienie. Potrzebowali planu. Potrzebowali mocy Biedronki, a ta musiała mieć chwilę, by dać im obie te rzeczy. W końcu Kitka pękła. Widziała ludzi ginących przez jej strach. Bezczynnie oglądała jak ten potwór niszczy jej miasto. Nawet jeśli magiczne stroje ich nie ochronią, nie miała zamiaru uciekać. Wyhamowała i ruszyła na akumę, w duchu modląc się, by to nie był ostatni głupi pomysł w jej życiu.
Widząc nadciągającą bohaterkę, Scorpius wyszczerzył się jeszcze bardziej. Zabawa... Zabij... Zabawa! To zabawne, jak podobne są te dwa słowa, dla Chłopca, Który Już Nie Miał Imienia, od dawna stały się jednoznaczne. Oba słodkie jak miód i lodowate jak stal. Tym razem Scorpius naprawdę się zaśmiał. Gardłowy rechot przypominał odgłos dławienia się połączony z rykiem lawiny. To on sprawił, że pozostali się odwrócili i zobaczyli jak Ruda Kitka kieruje się ku swojej śmierci. Pancernik natychmiast rzucił się za nią, nie zważając na wielką, opancerzoną bestię, ani na strach który w innym wypadku pewnie by go sparaliżował. Ale nie tym razem, bo gdy Alya była w niebezpieczeństwie, nie liczyło się nic innego.
Rudowłosa weszła w zasięg potężnych pazurów akumy, ale zdołała ominąć cios, który niemal rozszarpał jej twarz. Dostała się dość blisko, by zadać cios, więc z całej siły uderzyła w brzuch potwora swoim magicznym fletem. W tym momencie każdy złoczyńca w filmach akcji, jak i każdy, którego dotąd zdarzyło jej się spotkać na polu walki, łamał się wpół i zataczał, ale coś mówiło Alya'i, że nie może liczyć na tak wiele. Jednak poczuła ogromne rozczarowanie, gdy jedynym efektem uderzenia było bolesne mrowienie w nadgarstku i donośne KLANG! Z przerażeniem spojrzała w górę, prosto w puste, czarne ślepia niewzruszonego jej mierną próbą Scorpiusa. Ten znów zarechotał, a ogromny kolec jadowy poszybował w stronę głowy dziewczyny. W ostatnim momencie pomiędzy bestią a bohaterką pokazała się świecąca, zielona kopuła- specjalna zdolność Pancernika. Chłopak dopadł do niej i przytulił ją, dysząc ciężko.
-Nigdy... więcej... tak... nie rób...-Nino odsunął się od ukochanej i spojrzał w stronę akumy, która omal nie zrobiła z niej mokrej plamy. Scorpius skrzeczał i prychał, drapiąc zieloną tarczę i uderzając w nią potężnym kolcem. Wtedy po raz pierwszy, od kiedy tych dwoje go śledziło, fioletowy symbol motyla pojawił się przed ślepiami akumy. Był niewyraźny i ciągle migotał, jakby Władca Ciem nie potrafił złapać sygnału. Scorpius nie wydawał się zachwycony konwersacją. Z jeszcze większą wściekłością zaczął drapać kopułę, sprawiając, że ta zaczęła drżeć i rozbłyskiwać jasnym światłem. Przez chwilę Nino bał się, że nawet jego Osłona nie będzie w stanie przeciwstawić się destrukcyjnej sile pazurów potwora, ale akuma zdawała się nagle stracić zainteresowanie ich dwójką, całkowicie zaabsorbowana fioletowym motylkiem. Zostawiła kopułę w spokoju i próbowała zdrapać symbol, żłobiąc płaskie rysy w jasnym pancerzu na twarzy. Wykorzystując chwilę nieuwagi, oboje wycofali się i odszukali Biedronkę oraz Królową Pszczół, które schowały się wewnątrz muzeum. Na ich widok Biedronka zrobiła minę, jakby miała zaraz rozpłakać się z ulgi. Przytuliła ich oboje, mamrocząc przeprosiny, że ich w to wplątała. Ryk wściekłej bestii dźwięczał w korytarzach pustego muzeum, jak grom zwiastujący nadejście burzy. Musieli działać szybko.
Głos Motyla w głowie Scorpiusa brzęczał jak natrętny owad. Powtarzał coś o umowie i mir-u-sulach. Łowca nie potrafił go zrozumieć. Tyle słów... dziwnych słów. Obcych. Motyl zagroził, że jeśli mu czegoś nie przyniesie, odbierze Scorpiusowi jego moce, co szalenie by go rozbawiło, gdyby nie fakt, że głupi owad umniejszył szczodrą dobroć Złotego Mężczyzny. Jak śmiał?! Nie był niczym w porównaniu do Niego, a jednak uważał nowe zdolności Łowcy za własną zasługę?! Scorpius próbował rozerwać więź z namolnym głosem, ale fioletowy blask, choćby drapał z całych sił, nie opuszczał jego oczu. Nawet nie zauważył, gdy jego praedae* uciekły. Wściekłość gotowała jego wnętrzności na wolnym ogniu, wywołując prawie że fizyczny ból. Zawiódł. Robak uciekł, a on nie potrafił nawet ukarać Motyla za jego zuchwałość. Mężczyzna mu zaufał, a on został pokonany przez fioletowy głos brzęczący tysiącami obcych słów. W ryku, który wydarł się z gardła akumy, słychać było frustrację odbijającą się echem po gmachu zdemolowanego muzeum. Nagle niewidoczna fala ciepła uderzyła Scorpiusa z wszystkich stron, chwiejąc potężną sylwetką jak szmacianą lalką. Gorąc, który go ogarnął, wydawał się wnikać do wnętrza, smażąc tkanki żywcem i spopielając kości. Kolejny wrzask nie brzmiał jak wojenny okrzyk Łowcy, który służył Złotemu Mężczyźnie. To był przerażony głos chłopca, przepełniony bólem i rozpaczą. Ryk Scorpiusa może i był straszny, ale to krzyk chłopca, który kiedyś nazywał się Leo, budził to pierwotne, zwierzęce przerażenie, które ogarnia umysł i zdolność racjonalnego myślenia. Gdy wewnętrzny pożar ustąpił rześkiemu powietrzu poranka, a dziecięcy głos zamarł w gardle akumy, zatapiając świat w struchlałej ciszy, Scorpius zauważył, że głos Motyla zamilkł, zostawiając jego głowę przyjemnie pustą i wolną od brzęczenia. Teraz, gdy już mógł się skupić, pochylił łysą, bladą głowę nisko, węsząc i nasłuchując. Już po chwili wiedział, gdzie bohaterowie się ukryli, wyczuwał ich obecność, jak w tandetnych horrorach spirytualiści i inne czarownice wyczuwali 'nieszczęsne dusze nawiedzające to miejsce'. Nie było dla nich ucieczki.
Troje młodych bohaterów stało w ciasnym okręgu, słuchając w skupieniu słów Biedronki, która trzymała oburącz znak drogowy w całości czerwony w czarne kropki- efekt użycia Szczęśliwego Trafu. Jeszcze nie wiedziała, co dokładnie musiała zrobić- pewnie dowie się dopiero, gdy wyjdą na spotkanie akumy. Ustalali, w jakiej kolejności pójdą, oraz kto będzie obserwował którą stronę ich maleńkiego pochodu, gdy na prawym ramieniu ich nieustraszonej liderki wylądowała dłoń, wywołując piskliwy wrzask całej grupy (Nino zarzekał się, że on zachował spokój, ale Alya doskonale wiedziała, że jego pisk walczył o miano najwyższego z głosem samej Biedronki) Ku zaskoczeniu, jak i wielkiej uldze, gdy spojrzeli na stojącą za nimi postać, ich oczom nie ukazał się Władca Ciem, potworna akuma, ani Latający Potwór Spaghetti, tylko wysoki blondyn w czarnym stroju, o zielonych, kocich oczach na co dzień błyskających humorem zza czarnej maski. Wyglądał na szczerze zdezorientowanego powitaniem, jakie mu zgotowali, ale zanim zdążył powiedzieć cokolwiek (co pewnie byłoby grą słowną o kociej tematyce) Biedronka złapała go za ramiona, z paniki przechodząc z prędkością światła do furii.
-Co ty tu robisz?!- Warknęła półgłosem, nie chcąc niepotrzebnie zwracać uwagi Scorpiusa.
-Nie cieszysz się, że mnie widzisz?- Pomimo ostrego bólu, który eksplodował w jego lewym ramieniu, gdy zacisnęła się na nim dłoń jego ukochanej, Czarny Kot obnażył białe zęby w olśniewającym uśmiechu. Biedronka westchnęła z irytacją i puściła swojego partnera, przypominając sobie, o pamiątce, którą tej nocy zostawiła mu akuma. Przez chwilę poczuła wstyd, że tak łatwo o tym zapomniała, ale gdy jej fiołkowe oczy zatrzymały się na leżącym u ich stóp znaku Stop, wszystkie inne myśli wyparowały z jej głowy. Westchnęła cicho i złapała metalowy drążek, z trudem unosząc go w górę. Czarny Kot z niemałym rozbawieniem spojrzał na ich nowy 'klucz do zwycięstwa'.
- To jest Szczęśliwy Traf? Mamy pokierować akumę na lepszą ścieżkę życiową?- Żart skwitowała martwa cisza jego przerażonych towarzyszy w niedoli. Adrien ani trochę im się nie dziwił. Sam próbował ukryć strach, który budził w nim Scorpius, za barwną osłoną humoru. Ramię wciąż rwało ostrym bólem, przypominając mu, że nie wolno lekceważyć ich przeciwnika.
Reakcja Biedronki ani trochę go nie zdziwiła, chociaż liczył na zmartwienie i współczucie, a nie złość... Nie dość, że jest niesamowita, to jeszcze taka nieprzewidywalna! W duchu zobaczył jak Plagg, jego kwami, przewraca kocimi oczami, co nie przytłumiło płomienia miłości radośnie palącego się w piersi chłopaka. Spojrzał na jej śliczną twarz o delikatnych rysach i fiołkowe oczy obramowane gęstymi rzęsami. I jak tu jej nie kochać?
Biedronka rozdzieliła wszystkim zadania, nie przestając się rozglądać. Od jakiegoś czasu Scorpius był dziwnie cicho, co naprawdę ją niepokoiło. Mógł skradać się w ich kierunku, niosąc śmierć na ostrych szponach, albo przygotować własną zasadzkę. Mógł też pójść siać spustoszenie gdzieś indziej, ale Marinette miała nieprzyjemne przeczucie, że oni byli jego celem i że tym razem nie wywiną się tak łatwo. Musi nam się udać. Bestia nie da nam kolejnej szansy.
Postać w czarnym kostiumie ze złotym dzwonkiem na szyi prawie bezszelestnie przeskakiwała kupy gruzu- swoisty podpis akumy na pięknej twarzy Paryża. Scorpius udawał, że ciemna sylwetka umknęła jego uwadze. Złoty głos szeptał cicho tuż pod warstwą podświadomości Czekaj. Czekaj. Łowca okazał posłuszną cierpliwość, chociaż od wewnątrz zżerał go głód krwi. Już nie chodziło tylko o rozkaz Złotego Mężczyzny. Tinea i jej zgraja ośmielili się z niego zakpić, a on, Scorpius, nie należał do tych, z których powinno się żartować. Myśleli, że schowanie się na chwilę coś im da? Ha! Rozerwanie ich małych, miękkich ciałek będzie czystą przyjemnością, a gdy już złoży ich trupy u stóp Mężczyzny, ten przyjmie go na stałe, jako swego lojalnego sługę! Scorpius ledwo powstrzymał się przed rzuceniem się na postać, nawet, jeśli Mężczyzna nakazywał mu cierpliwość. Nawet, jeśli ubrana w czarny, imitujący skórę, strój postać nie pachniała tak samo, jak ostatnio. Gdy tylko wszedł w zasięg ogona Łowcy, ogromny kolec jadowy spadł na chłopaka, praktycznie rozcinając go na pół. A przynajmniej tak powinno się stać, bo sylwetka rozwiała się po zetknięciu z kolcem, zmieniając słodką słodycz satysfakcji w palący gniew. Kolejna gra! Kolejna szut-sztu...czka?! Scorpius zerwał się na równe nogi i zapominając o złotych słowach, zaczął miotać się po gruzowisku, szukając skrytki tego wstrętnego fēlis*. Nagle znikąd wyskoczyła na niego blondynka w żółto-czarnym stroju. W prawej ręce trzymała bączek w paski tego samego koloru, co jej kostium. Krzyknęła 'Żądło!' i dotknęła nim ramienia Scorpiusa. Łowca nie poczuł bólu, na który się przygotował, jedynie łaskotanie. Chciał zaśmiać się w twarz głupiej dziewczynie, ale nie potrafił się ruszyć. Wszystkie mięśnie jego ciała wydawały się zamienić w twardy, lodowaty kamień. Próbował zmusić się do choćby drgnięcia, ale jego kończyny pozostały w miejscu, zostawiając Scorpiusa bezbronnego. Złoty głos nie powiedział ani słowa, ale Łowca czuł rozczarowanie, które wywołał u Mężczyzny. To bolało go bardziej, niż fakt przegranej.
Chloe schowała się natychmiast, gdy tylko użyła swojej specjalnej mocy na akumie. Nie sprawdzała, czy Żądło zadziałało, czy jedynie rozwścieczyło potwora. Od razu zniknęła za najbliższym kawałkiem betonu i skuliła się, czekając na pełen dzikiej furii ryk, oznaczający, że Scorpius zaraz ją dopadnie. Ale nic takiego nie miało miejsca. Po jej ataku nastąpiła jedynie cisza. Z iskierką nadziei błyskającą nieśmiało w piersi, Królowa Pszczół odliczyła do dwudziestu, zgodnie z rozkazem Biedronki i ostrożnie wyjrzała zza krawędzi betonowej płyty, upewniając się, że jest bezpiecznie. Zobaczyła potężną, białą postać, która rzuciła cień strachu na ich miasto. Czemu on jest taki ogromny? Muskularne cztery ramiona i długi ogon wydawały się być grubości konarów, a okuta bladym pancerzem pierś, szeroka jak samochód. Chwilę stała i wpatrywała się w zamarłą w bezruchu sylwetkę, która w innych okolicznościach rozerwałaby ją na strzępy równie łatwo, jak ona odrywała kawałki croissantów... wypełnionych w tym wypadku krwią i wnętrznościami. Mimowolnie się wzdrygnęła. Podeszła do Scorpiusa i dotknęła jego brzucha, czując gładką, lodowatą powierzchnię pod palcami. Ośmielona zacisnęła dłoń w pięść i z całej siły go uderzyła. Po zdemolowanym Luwrze, dotąd cichym, jakby wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na nadchodzącą walkę, poniosło się ciche klang! a prawa dłoń Chloe eksplodowała bólem. Dziewczyna złapała się za nadgarstek i spojrzała z mieszaniną tryumfu i wrzutu na nieruchomą postać, przypominającą bardziej groteskową rzeźbę z gabinetu osobliwości, albo dzieło jakiegoś obłąkanego artysty, niż akumy, które dotąd atakowały Paryż. Nieważne. Pomyślała, krzyżując ręce na piersi. Zuchwały uśmiech rozjaśnił jej oblicze. Straszny, czynie, był strasznie głupi myśląc, że zdoła pokonać Biedronkę...szczególnie gdy ona, Królowa Pszczół jej pomagała! Przypominająca pszczołę spinka w jej złotych włosach zapikała cicho, oznajmiając jej, że za cztery minuty przemieni się w swoją cywilną formę. Nawet nie zauważyła, gdy Biedronka we własnej osobie pojawiła się obok niej, wciąż ze strachem wpatrując się w potężnego potwora. Ruda Kitka i Pancernik stali tuż za nią, wciąż gotowi do walki. Naszyjnik podobny do lisiego ogona na szyi Reny też dał o sobie znać cichym pikaniem, ostrzegając, że w stroju bohaterki dziewczyna pozostanie już tylko przez trzy minuty.
Czarny Kot z trudem dołączył do pozostałych, przeklinając swoją słabość i bezużyteczność. Lewy bark, żebra i ręka chłopaka pulsowały tępym bólem, który wzmagał się za każdym razem, gdy się poruszył, albo wziął głębszy wdech. Adrien starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo dokucza mu rana na ramieniu, ale zmartwiona mina Biedronki podpowiadała mu, że jest z niego jeszcze gorszy aktor, niż superbohater. Stanął za półokręgiem otaczającym Scorpiusa i wbił spojrzenie kocich oczu w czubki swoich butów, z trudem powstrzymując łzy bólu i wstydu. Był bezużyteczny i dzisiaj tego dowiódł. Nie potrafił obronić nawet samego siebie, a chciał stać u boku Niesamowitej Biedronki i chronić mieszkańców Paryża? Ha! Żałosny. Idiota. Kątem oka spojrzał w stronę najlepszej z najlepszych, dziewczyny jego snów i zobaczył zmartwienie w jej fiołkowych oczach. To przez niego się martwiła. Głupi! Głupi! Posłał jej najszerszy i najjaśniejszy uśmiech, na jaki potrafił się zdobyć. Musiał przestać się zadręczać. Przecież nie chciałby przysporzyć Biedroneczce jeszcze więcej zmartwień! Odepchnął od siebie negatywne myśli, wiedząc, że tej nocy i tak nie zaśnie, myśląc tylko o tym, jak bardzo zawiódł. Przynajmniej już po wszystkim. Biedronka zaraz wszystko naprawi, włącznie ze mną. Wszystko będzie dobrze.
Czyż ufna naiwność i wiara w 'szczęśliwe zakończenia' nie jest zabawna? Owa plaga przesiąkniętych bajkami Disneya mózgów myślących, że każda historia kończy się poprzez 'I żyli długo i szczęśliwie.' sama prosi się o zgubę. Mówcie, co chcecie, ale dopóki zwierzęta nie zaczną wokół mnie śpiewać, a dynia w moim ogródku nie zamieni się w lamborghini, nie uwierzę, że w naszym świecie jest miejsce na lukrowane happy-endy. Nie zrozumcie mnie źle- nie mówię, że nie ma tu magii. Różnica jest taka, że magia nie służy do zamieniania księżniczek w żaby i nie kontrolują jej magiczne lampy, ani akcesoria. Potrafi być cholernie groźna i nieobliczalna, a magiczne stworzenia okrutne. Nie ma w niej miejsca dla niedoświadczonych głupców, ani bezbronnych dzieci, o czym dzielni obrońcy Paryż mieli się boleśnie przekonać w bardzo krótkim czasie.
Znak drogowy wydawał się absurdalnie ciężki, zważywszy na fakt, że po przemianie Marinette zyskiwała dużą siłę. Usilnie rozglądała się po całym placu, albo tym co z niego zostało, szukając więcej podpowiedzi, niż te, które dotychczas zobaczyła. Szczęśliwy Traf w jej dłoniach i punkt na ciele akumy- trochę powyżej mostka. Miejsce, w którym, w aktualnej pozycji, pancerz odkrywał miękkie, pozbawione ochrony gardło. To w sumie miało sens. Nie miał magicznego przedmiotu, on sam był tym przedmiotem. Żołądek zacisnął jej się tak mocno, że gdyby wcześniej coś zjadła, pewnie zwymiotowałaby całą jego zawartość. Ręce drżały jej tak mocno, że musiała oprzeć znak o ziemię, żeby reszta tego nie widziała, o co w sumie nie musiała się martwić, bo drużyna superbohaterów nie odrywała spojrzeń od pokonanego przeciwnika. Ona z resztą też. Choćby starała się z całej siły, nie potrafiła odwrócić wzroku od tego jednego, odsłoniętego punktu. Przygryzła wargę, czując na języku metaliczny posmak krwi i zacisnęła dłonie na drążku znaku, który nagle wydał jej się lodowaty. Spojrzała w puste, czarne oczy podobne do dziur wydartych w materiale i przypomniała sobie pierwszą myśl, która przyszła do niej gdy ostatnio znalazła się tak blisko Scorpiusa. On...nie. To już jest martwe. Puste w środku. Uniosła oburącz znak, wcelowując końcem w wskazane jej przez 'przeczucie' miejsce i z całej siły uderzyła, oczami wyobraźni widząc jak krew tryska z rozerwanego gardła. Czując, z jaką łatwością trzymany przez nią drążek zagłębia się w miękkim wnętrzu potwora. Przerażające wizje rozwiał niespodziewany opór, który napotkała. Zaskoczona odsunęła drążek znaku i przyjrzała się skórze bestii, równie bladej, co okalający ją pancerz. Bladej i nienaruszonej. Wstręt wyparła bezsilna wściekłość, gdy Biedronka zrozumiała, że nie wie, co dalej robić. Miała broń, która, zgodnie z jej przeczuciem, powinna załatwić sprawę. Koncertowo udało im się obezwładnić potwora, co wydawało się najtrudniejszą częścią, ale gdy już wszystko było gotowe, a ona wiedziała, gdzie uderzyć, nie była dość silna, żeby dokończyć dzieła?! Zacisnęła zęby, żeby nie krzyknąć, jednocześnie napinając wszystkie mięśnie. Nie nie nie. To MUSI się udać. Przecież zrobiliśmy wszystko tak, jak trzeba! Co jeszcze?! Spróbowała znowu. I jeszcze raz. I kolejny. Raz po raz napotykała tą samą barierę. Nie...nie, nie nie. Proszę. Proszę, niech to zadziała. Musi zadziałać! I nic. Blada sylwetka stała w bezruchu na tle swojego destrukcyjnego dzieła, równie niewzruszona zniszczonymi zabytkami i bezowocnymi wysiłkami małego robaczka w czerwonym kostiumie. W końcu zabrakło jej sił. Czuła spojrzenia pozostałych patrzące z niedowierzaniem na nią, bohaterkę, która, jak dotąd myśleli, jest lekiem na całe zło tego cholernego świata. Tylko że świat jest zły do szpiku kości, a małe robaczki- marzycieli, takich jak oni, miażdży podeszwą swojego wytartego kowbojskiego buta. Marinette mogłaby przysiąc, że wtedy, pod naporem tych spojrzeń, czuła się właśnie tak, jakby ktoś ją miażdżył. Bezsilność i wstyd wzięły górę i dziewczyna po raz kolejny uderzyła Scopriusa, tyle że tym razem złapała żelazny pręt jak kij bejsbolowy i z całej siły rąbnęła nieruchomą akumę w brzuch. Rzecz jasna jedynym efektem było głośne klang! i mrowiący ból w nadgarstkach, ale dziewczyna ledwie go czuła. Zamachnęła się jeszcze mocniej i ponownie uderzyła, wkładając w to tyle serca, ile na odzień wkłada w swoje projekty. Dziki, niepohamowany krzyk wydobył się z jej gardła, zaskakując nawet ją samą. Nie dała tego po sobie poznać, wyprowadzając jeden cios za drugim. W końcu jej towarzysze postanowili, że trzeba to przerwać. Kitka i Królowa złapały ją za ramiona i spróbowały delikatnie odciągnąć, kiedy Pancernik i Kot Złapali za metalowy pręt. Ingerencja pozostałych jeszcze bardziej ją rozsierdziła. Zaczęła się szarpać, chcąc uwolnić się z ich uchwytu, ale ich było czworo, a ona jedna. W ostatnim desperackim zrywie bezmyślnej wściekłości z całej siły rzuciła się na lewo, wytrącając z równowagi Królową Pszczół, popełniając śmiertelny błąd. Blondynka poleciała w tył i upadła ciężko na kupę gruzu, wydając z siebie wrzask nie ustępujący głośności syrenie strażackiej. Chwilę siedziała na ziemi, pośród kamieni i pyłu, patrząc szeroko otwartymi oczami na Biedronkę, która z resztą wydawała się równie skołowana. Oburzona otrzepała spodnie z pidżamy. Dopiero zaskoczone miny innych bohaterów powiedziały jej, że coś jest nie tak. Szybko przekonała się o pewnym małym mankamencie jej cudownej spinki, nad którym nigdy wcześniej się nie zastanawiała. Miracula to przecież biżuteria. Czy naszyjnik, czy też spinka, zdarza im się spaść, lub zsunąć. Problem w tym, że gdy żółto- czarny strój zniknął w eksplozji złotego blasku, jej magiczna zdolność straciła działanie, które Żądło wywarło na pewnego morderczego skorupiaka. Gardłowy warkot za plecami młodych herosów wydawał się niższy i głębszy, niż wszystkie dźwięki, które kiedykolwiek usłyszeli. Nie był pełen zwierzęcej furii, ani szalonej ekscytacji drapieżnika, który w końcu dostał w swoje łapy ofiarę, która długo z nim igrała, umykając w ostatnim momencie. Był martwy i pusty. Brzmiała w nim ponura satysfakcja. Wydawała się dziwnie obca, nie pasująca do dzikiego potwora, który jak dotąd roznosił Paryż na strzępy. Całkiem zapomnieli o wybuchu ich liderki i jak jeden mąż odwrócili się w stronę Scorpiusa. Na pierwszy rzut oka wydawać się mogło, że Żądło jednak nie przestało działać. Potężna, biała sylwetka wciąż odcinała się na tle gruzów, nieruchoma jak głaz. Tylko ogon, z potężnym kolcem jadowym na końcu, kołysał się niespiesznie w rytm oddechu właściciela. Wszyscy zamarli, jakby liczyli, że póki nie poruszą choćby jednym mięśniem, akuma ich nie zauważy. Jak to mówią 'Nadzieja umiera ostatnia'. Ostatnia, ale tym razem nie sama. Scorpius niespiesznie zrobił krok w przód, nie spuszczając spojrzenia podobnych otchłaniom ślepiów z młodych bohaterów. Zanim którekolwiek z ich zdążyło zareagować, ogon wystrzelił zza jego szerokich pleców i wbił się w brzuch jedynej osoby, która nie potrafiła uskoczyć na czas- wciąż siedzącej na kupie gruzu Chloe. Pozostali rozpierzchli się w różnych kierunkach, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy kolec przebił nieszczęsną dziewczynę na wylot, albo, czy wciąż mają szansę ją uratować. Podświadomość wzięła górę nad heroizmem i zmusiła ich do biegu. Wbrew ich założeniom, kolec nie przewiercił się przez dziewczynę jak potężny pocisk. Wbił się na kilka centymetrów i natychmiast wysunął z rany, zostawiając Chloe leżącą na połamanych kawałkach szkła i betonu. Później do niej wróci i się pobawi- powinna wytrzymać więcej niż ludziki z piru-midum. Ale najpierw musiał upolować pewnego nieznośnego robaka, który miał więcej szczęścia, niż rozumu. Gdy rozejrzał się dookoła, nie zobaczył ani skrawka barwnego materiału. Schowali się. Marco-polo! Hahahaha. Głupie robaczki nie nauczyły się jeszcze, że nie potrzebował ich zobaczyć, żeby wiedzieć, gdzie się kryją?! Chrapliwy śmiech wydarł się z czarnej pustki, która służyła mu za usta i choćby chciał, nie mógł jej opanować. Łowca, który kiedyś był chłopcem, wziął głęboki wdech i skupił się na wyczuwanych zapachach. Kochał grę w chowanego. Zawsze wygrywał.
Chloe leżała na resztkach Luwru, czując, jak w plecy wbija jej się kawałek szkła, ale to nie było jej największe zmartwienie. W brzuchu, na wysokości żołądka dziewczyny, ziała stożkowata dziura, z której sączyła się karmazynowa krew. Chloe próbowała zatamować krwawienie dłonią, ale całej jej ciało było wiotkie, nie reagowało na usilne starania, by zrobić najmniejszy ruch. Była sparaliżowana. Obrzeża rany były napuchnięte i przybierały lekko zielonkawy kolor, co znaczyło mniej więcej tyle, że jad Scorpiusa działał z zabójczą szybkością. Wszystkie zakończenia nerwowe rozrywał potworny ból, wyciskając z błękitnych oczu dziewczyny łzy. Leżała tam sama, bezbronna, niezdolna ruszyć choćby jednym mięśniem, ze świadomością, że dzisiaj umrze.
Lisica i Żółw kryli się po prawej, a Tinea we własnej osobie, po lewej. Scorpius nie mógł się doczekać przyniesienia Mężczyźnie trofeum, w postaci głowy dziewczyny w kucykach, ale złoty głos szeptał, by znalazł w sobie cierpliwość. Pozwól jej przyjść do ciebie, nie na odwrót. Zgodnie z radą, Scorpius skręcił w prawo i błyskawicznie znalazł się przy parze gołąbeczków, które wtulały się w siebie nawzajem, jakby to miało uchronić ich przed ostrymi szponami i zabójczym jadem. Gdy blada sylwetka stanęła tuż nad nimi, oboje wydali z siebie zduszony okrzyk, nie potrafiąc się poruszyć. Scorpius wymierzył cios kolcem jadowym w bok chłopaka, ale ten w ostatniej chwili użył swojego irytującego zaklęcia. Zielona kula, świecąca delikatnie w blasku młodego jeszcze dnia, oddzieliła ich na chwilę od niebezpieczeństwa. Ciche pikanie miraculum Żółwia- bransoletki na nadgarstku Nino-zaakcentowało tą 'chwilę' bardzo wyraźnie. Sztuczki! Znowu czary-mary! Wściekły Łowca zaczął uderzać wszystkimi czterema parami rąk, sprawiając, że bariera rozjarzyła się jasną zielenią. Pazury raz po raz nieskutecznie drapały magiczną tarczę, nie potrafiąc się przez nią przebić. Mam dość sztuczek! Kolejny ryk, tym razem drżący od miotających się pod pancerzem emocji, wydawał się sam w sobie wstrząsnąć polem obronnym. Nino i Alya wymienili przerażone spojrzenia, przytulając się jeszcze mocniej. Bransoletka zapikała po raz drugi, oznajmiając zagładę nadchodzącą już za trzy minuty. Teraz mogli już czekać jedynie na cud.
Biedronka bardziej wyczuła niż zobaczyła przemykającego obok niej potwora. Potem mogła jedynie patrzeć jak kolec jadowy unosi się i z zatrważającą prędkością mknie w stronę jej przyjaciół. W ostatniej chwili Nino krzyknął 'Osłona!' i otoczyła ich kula zielonego światła. Marinette westchnęła z ulgą, widząc, że na ten moment oboje są bezpieczni, ale wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu. Rozejrzała się wokoło, modląc się, żeby Scoprius nie znudził się zbyt szybko bezowocnym drapaniem ochronnej kopuły i nie postanowił dla odmiany zapolować na nią. Szczęśliwy traf- znak STOPu leżał tam, gdzie go zostawiła, gdy wbrew wszystkim swoim przekonaniom uciekła jak skończony tchórz. Nieopodal Królowa Pszczół leżała nieruchomo. Jedynym, co mówiło, że jeszcze żyje, była sącząca się s rany na brzuchu dziewczyny krew- znaczyła ona tyle, że serce jeszcze bije. Poczucie winy zalał Mari gorzką falą. Zostawiliśmy ją. Uciekliśmy i zostawiliśmy ją samą, na pastwę akumy. Teraz jednak miała szansę wszystko naprawić. Musiała jedynie pokonać Scorpiusa. Potrzebowała Szczęśliwego Trafu. Przygotowała się do biegu, ale w ostatniej chwili ktoś złapał ją za nadgarstek. Odwróciła się i spojrzała prosto w kocie oczy swojego partnera. W porównaniu do czarnego stroju, jego skóra wydawała się być dosłownie biała- strach zatarł dawną opaleniznę, upodabniając chłopaka do zjawy. W szmaragdowych oczach lśniło przerażenie, ale nie o niego samego. Wiedział, że chciała zaatakować Scorpiusa, i że szanse powodzenia były niewielkie. Wydawał się błagać ją, żeby tego nie robiła, jednocześnie nie mówiąc ani słowa. Musiała, a on nie był w stanie je pomóc, ani jej obronić. Znowu był bezużyteczny. Marinette delikatnie uwolniła rękę z uścisku i uśmiechnęła się uspokajająco, próbując zignorować zaciskający się żołądek i najciszej jak tylko potrafiła, zakradła się do znaku i złapała go oburącz. Scospius nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem, w całości pochłonięty walką z niezniszczalnym polem siłowym. Biedronka wzięła głęboki wdech i przemknęła przez gruzowisko tak blisko Scorpiusa, jak tylko mogła. Zacisnęła obie dłonie na metalowym drążku i uniosła go nad głowę.
Za tobą, amico. Złoty głos wyszeptał, wyrywając Scorpiusa z transu, w który wpędziła go wściekłość. Natychmiast obrócił się, by zobaczyć dziewczynę w czerwonym stroju w kropki, ze znakiem STOPu w dłoniach. Jednym ciosem wytrącił jej osobliwą broń, która przeleciała kilka metrów i jak oszczep wbiła się w ziemię, tablicą do dołu. Następny cios był wymierzony w głowę tineam*, ale w ostatnim momencie Marinette usunęła się mu z drogi. W akcie desperacji złapała sznurek joja, który do tej pory miała obwiązany wokół bioder i unieruchomiła jedną z czterech rąk akumy. Scorpius spojrzał na nią z czymś na kształt rozbawienia i z całej siły szarpnął za sznurek, posyłając dziewczynę w powietrze. Połamane cegły i beton zaserwowały jej twarde lądowanie, ale dużo większym problemem, niż kilka siniaków, była blada sylwetka, która prawie natychmiast pojawiła się nad nią. Marinette szumiało w głowie i nie potrafiła zebrać myśli. Głowa. Uderzyłam głową...ale boli... Gdzieś z oddali Mari słyszała głos swojej przyjaciółki. Alya krzyczała, ale nie dało się zrozumieć, co dokładnie. Nino z trudem powstrzymywał ją przed wybiegnięciem z bezpiecznego schronu, chociaż sam wyglądał tak, jakby chciał pobiec na ratunek Biedronce. Ale jaki był tego sens? Przegrali. Szczęśliwy Traf zawiódł. Ona zawiodła. Nadszedł koniec. Marinette zamknęła oczy, nie chcąc patrzeć na niewyraźną postać, która napajała się tryumfem i widokiem pokonanego przeciwnika. Przepraszam, Tikki.
Biedronka leżała na ziemi. Nawet nie próbowała wstać. Potężny Scorpius stał nad nią jak kat nad skazańcem, z tym wstrętnym, przypominającym rozdarcie uśmiechem. Nie. Nie nie nie... Nie mógł pozwolić, aby to coś tknęło jego ukochaną! Nikt, nie ważne, jak wielki, ani jak silny by nie był, nie ma prawa podnieść ręki na Biedronkę! Logiczne myślenie zastąpił instynkt, a krew- adrenalina. Czarny Kot złapał swój kij i zapomniawszy o rannym ramieniu, zapomniawszy o całym świecie, zaatakował. To dla ciebie, Kropeczko.
Scorpius był zbyt zajęty zwycięstwem, by zauważyć ciemny kształt, który skoczył w jego kierunku. Pierwszy cios, wymierzony w opancerzony brzuch i tak nie zdał się na wiele, ale potem ten nieznośny fēlēs uniósł koniec kijka i nacisnął mały, zielony przycisk, wydłużając go. Trafił prosto w oko Łowcy. Ból był ostry i zaskakujący. Scorpius zapomniał już, jak to jest czuć fizyczny ból. Zaskrzeczał i zatoczył się, osłaniając twarz dwoma dłońmi, jednocześnie próbując na ślepo złapać kocura pozostałymi. Wtedy, tknięty nagłym impulsem, Czarny Kot rozpędził się i z całej siły popchnął Scorpiusa do tyłu. Wciąż oślepiony i zdezorientowany, potwór nie zdołał utrzymać równowagi i runął na plecy. Całym ciężarem ciała nabił się na drążek znaku, który tym razem przeszedł na wylot przez miękkie wnętrze i wygiął od wewnątrz pancerz na brzuchu akumy. Scorpius wydał z siebie agonalny skrzek, który miarowo przeszedł w krzyk dziecka. Odgłos ten wydawał się wstrząsnąć wszystkimi szybami, jak i duszami w okolicy. Gdy krzyk zamilkł, blade ciało zamarło w bezruchu, a z pęknięcia w pancerzu wyleciał mały, czarny motylek.
Czarny Kot przyglądał się temu ze skrajnym niedowierzaniem. Udało się? Spojrzał na Kitkę i Pancernika, równie zdziwionych. Po raz pierwszy zobaczył w ich oczach podziw, ale był zbyt skołowany całą sytuacją, by od razu zrozumieć, że jest skierowany do niego. Oboje wymienili spojrzenia, po czym wyszczerzyli się do niego, unosząc w górę kciuki. Pancernik odwołał Osłonę i oboje podbiegli do niego. Ruda Kitka rzuciła mu się na szyję i mocno go uściskała, sprawiając, że ból w ramieniu wrócił ze zdwojoną siłą. Nie przerwał jej, nie chciał zrujnować momentu. Gdy go puściła, na zdrowym barku poczuł dłoń swojej partnerki. Uśmiechała się do niego z wdzięcznością, a po chwili namysłu delikatnie musnęła jego policzek wargami. Serce w piersi kociego bohatera przyspieszyło do prędkości światła, a twarz oblał dorodny rumieniec. Nic nie mogło zepsuć tej chwili. Chloe! Adrien przypomniał sobie o swojej przyjaciółce z dzieciństwa, która, chociaż bywała trudna, zawsze pozostanie jego przyjaciółką. Pobiegł w jej kierunku, modląc się, aby jeszcze nie było za późno. Znalazł jej nieruchome ciało porzucone w niedbały sposób, z głęboką raną ziejącą z brzucha i łzami zaschniętymi na policzkach. Nawet nie miała na sobie kostiumu. Jasna pidżama była przesiąknięta krwią. Małe kwami w żółto-czarne paski siedziało jej na ramieniu i cicho kwiliło. Upadł na kolana i wziął sztywniejące zwłoki w ramiona. Głowa okolona złotymi włosami jeszcze zmierzwionymi od poduszki, bezwładnie opadła mu na ramię, przełamując ostatnią linię obrony. Zaczął płakać jak małe dziecko. Całe jego ciało drżało, a po policzkach spływały łzy. Kitka i Pancernik do niego dołączyli i wszyscy otoczyli zmarłą bohaterkę uściskiem. Nawet nie zauważyli, gdy fala magicznych biedronek uderzyła w nich i delikatnie łaskocząc, przemknęła dalej, naprawiając wszystkie szkody, które wyrządziła akuma. Zdemolowane muzeum i ulice, zniszczone samochody i wyrwane z ziemi lampy wróciły na swoje miejsca. Rana na barku Czarnego Kota zagoiła się w kilka chwil, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Z rozpaczy wyrwał go dopiero wściekły głos.
-Zostawiliście mnie!- Wszyscy troje odsunęli się, nie wierząc własnym uszom i zobaczyli szczerze wkurzoną córkę burmistrza Paryża. Ciskała błyskawicami z błękitnych oczu, ale była cała i zdrowa.
-TO COŚ MNIE UŻĄDLIŁO!- Wrzasnęła i założyła ręce na piersi.
-Co za ironia. Królowa Pszczół została użądlona.- Adrien nie mógł się powstrzymać. Zalała go fala ulgi, a co za tym idzie, odzyskał humor do żartów. Na jeszcze bardziej wściekłe spojrzenie odpowiedział szerokim uśmiechem. Nawet Ruda Kitka i Pancernik się zaśmiali.
-Po pierwsze: ha-ha, bardzo śmieszne. Po drugie: JAK ŚMIESZ MNIE DOTYKAĆ! TYLKO ADRIENEK MOŻE BRAĆ MNIE W RAMIONA.- Zaskoczony nagłą zmianą tonu, Czarny Kot odskoczył w tył, spełniając prośbę Chloe i wypuszczając ją. Gdy doszło do niego, jak komiczna była ta sytuacja, zważywszy na kto krył się pod kocią maską, znowu zaczął się śmiać. Udało się! Naprawdę się udało! Ledwo mógł w to uwierzyć. Popatrzał na Biedronkę, która jako jedyna do nich nie dołączyła i zobaczył stojącego obok niej chłopca. Mógł mieć z dziesięć lat. Miał jasną karnację i brązowe, nieobecne oczy wpatrujące się w jakiś niewidoczny punkt na horyzoncie.. Ciemne włosy zwijały się w grube fale i niesfornie opadały w każdym kierunku. Rozglądał się skołowany, mamrocząc coś o zdjęciach i skorupiakach, a gdy Biedronka zapytała go o jego imię, na chwilę zamilkł, skierowując zamglone spojrzenie na jej zamaskowaną twarz.
-Leo.- Prawie wyszeptał, po czym po prostu odszedł. Powolnym, osowiałym krokiem przemierzał plac, który niedawno sam zdemolował. Wszystkie oczy skierowały się na nikłą postać dziecka, które omal nie porozrywało ich na strzępy.
-On jest taki mały.- Mruknęła Ruda Kitka, nie wierząc własnym oczom. Ot dziecko, które spędza popołudnia grając na komputerze albo bawiąc się autkami. Myśl, że dziesięciolatek prawie rozszarpał ich wszystkich na strzępy wydawała im się wręcz śmieszna, ale nikt nawet nie zachichotał. Scorpius nie był tematem do żartów.
Czarny Kot zaoferował, że odprowadzi Chloe do jej pokoju i odda miraculum Mistrzowi Fu, więc Biedronka mogła zająć się Alya'ą i Nino. Schowali się w najbliższym zaułku- w ostatniej chwili, bo Wayzz już i tak wstrzymywał przemianę o dużo za długo. Gdy oboje wrócili do swoich cywilnych form, a kwami dostały zasłużone przysmaki, przyszedł czas na pożegnanie. Bez ociągania oddali Biedronce magiczne przedmioty i Nino odprowadził Alya'ę pod sam dom by 'zapewnić jej bezpieczeństwo'. Biedronka odniosła oba miracula i wszystko wróciło do normy.
Czyż to nie piękne? Paryż znów zapadł w ignorancki sen, przeświadczony o tym, że nie ważne, co się stanie, Biedronka machnie jojem i wszystko naprawi. Słodkie. Żałosne, ale słodkie. Tylko, że właśnie nadchodzi czas, w którym świat wyrżnie kozła i przewróci się do góry nogami. Życie to nie bajka, a happyendy wymyślono by łudzić się, że jest inaczej. Czas, aby pewna puscilla tinea przekonała się na własnej skórze, jak groźny i okrutny jest ten świat.
Wszystko zgodnie ze scenariuszem.Znak drogowy wydawał się absurdalnie ciężki, zważywszy na fakt, że po przemianie Marinette zyskiwała dużą siłę. Usilnie rozglądała się po całym placu, albo tym co z niego zostało, szukając więcej podpowiedzi, niż te, które dotychczas zobaczyła. Szczęśliwy Traf w jej dłoniach i punkt na ciele akumy- trochę powyżej mostka. Miejsce, w którym, w aktualnej pozycji, pancerz odkrywał miękkie, pozbawione ochrony gardło. To w sumie miało sens. Nie miał magicznego przedmiotu, on sam był tym przedmiotem. Żołądek zacisnął jej się tak mocno, że gdyby wcześniej coś zjadła, pewnie zwymiotowałaby całą jego zawartość. Ręce drżały jej tak mocno, że musiała oprzeć znak o ziemię, żeby reszta tego nie widziała, o co w sumie nie musiała się martwić, bo drużyna superbohaterów nie odrywała spojrzeń od pokonanego przeciwnika. Ona z resztą też. Choćby starała się z całej siły, nie potrafiła odwrócić wzroku od tego jednego, odsłoniętego punktu. Przygryzła wargę, czując na języku metaliczny posmak krwi i zacisnęła dłonie na drążku znaku, który nagle wydał jej się lodowaty. Spojrzała w puste, czarne oczy podobne do dziur wydartych w materiale i przypomniała sobie pierwszą myśl, która przyszła do niej gdy ostatnio znalazła się tak blisko Scorpiusa. On...nie. To już jest martwe. Puste w środku. Uniosła oburącz znak, wcelowując końcem w wskazane jej przez 'przeczucie' miejsce i z całej siły uderzyła, oczami wyobraźni widząc jak krew tryska z rozerwanego gardła. Czując, z jaką łatwością trzymany przez nią drążek zagłębia się w miękkim wnętrzu potwora. Przerażające wizje rozwiał niespodziewany opór, który napotkała. Zaskoczona odsunęła drążek znaku i przyjrzała się skórze bestii, równie bladej, co okalający ją pancerz. Bladej i nienaruszonej. Wstręt wyparła bezsilna wściekłość, gdy Biedronka zrozumiała, że nie wie, co dalej robić. Miała broń, która, zgodnie z jej przeczuciem, powinna załatwić sprawę. Koncertowo udało im się obezwładnić potwora, co wydawało się najtrudniejszą częścią, ale gdy już wszystko było gotowe, a ona wiedziała, gdzie uderzyć, nie była dość silna, żeby dokończyć dzieła?! Zacisnęła zęby, żeby nie krzyknąć, jednocześnie napinając wszystkie mięśnie. Nie nie nie. To MUSI się udać. Przecież zrobiliśmy wszystko tak, jak trzeba! Co jeszcze?! Spróbowała znowu. I jeszcze raz. I kolejny. Raz po raz napotykała tą samą barierę. Nie...nie, nie nie. Proszę. Proszę, niech to zadziała. Musi zadziałać! I nic. Blada sylwetka stała w bezruchu na tle swojego destrukcyjnego dzieła, równie niewzruszona zniszczonymi zabytkami i bezowocnymi wysiłkami małego robaczka w czerwonym kostiumie. W końcu zabrakło jej sił. Czuła spojrzenia pozostałych patrzące z niedowierzaniem na nią, bohaterkę, która, jak dotąd myśleli, jest lekiem na całe zło tego cholernego świata. Tylko że świat jest zły do szpiku kości, a małe robaczki- marzycieli, takich jak oni, miażdży podeszwą swojego wytartego kowbojskiego buta. Marinette mogłaby przysiąc, że wtedy, pod naporem tych spojrzeń, czuła się właśnie tak, jakby ktoś ją miażdżył. Bezsilność i wstyd wzięły górę i dziewczyna po raz kolejny uderzyła Scopriusa, tyle że tym razem złapała żelazny pręt jak kij bejsbolowy i z całej siły rąbnęła nieruchomą akumę w brzuch. Rzecz jasna jedynym efektem było głośne klang! i mrowiący ból w nadgarstkach, ale dziewczyna ledwie go czuła. Zamachnęła się jeszcze mocniej i ponownie uderzyła, wkładając w to tyle serca, ile na odzień wkłada w swoje projekty. Dziki, niepohamowany krzyk wydobył się z jej gardła, zaskakując nawet ją samą. Nie dała tego po sobie poznać, wyprowadzając jeden cios za drugim. W końcu jej towarzysze postanowili, że trzeba to przerwać. Kitka i Królowa złapały ją za ramiona i spróbowały delikatnie odciągnąć, kiedy Pancernik i Kot Złapali za metalowy pręt. Ingerencja pozostałych jeszcze bardziej ją rozsierdziła. Zaczęła się szarpać, chcąc uwolnić się z ich uchwytu, ale ich było czworo, a ona jedna. W ostatnim desperackim zrywie bezmyślnej wściekłości z całej siły rzuciła się na lewo, wytrącając z równowagi Królową Pszczół, popełniając śmiertelny błąd. Blondynka poleciała w tył i upadła ciężko na kupę gruzu, wydając z siebie wrzask nie ustępujący głośności syrenie strażackiej. Chwilę siedziała na ziemi, pośród kamieni i pyłu, patrząc szeroko otwartymi oczami na Biedronkę, która z resztą wydawała się równie skołowana. Oburzona otrzepała spodnie z pidżamy. Dopiero zaskoczone miny innych bohaterów powiedziały jej, że coś jest nie tak. Szybko przekonała się o pewnym małym mankamencie jej cudownej spinki, nad którym nigdy wcześniej się nie zastanawiała. Miracula to przecież biżuteria. Czy naszyjnik, czy też spinka, zdarza im się spaść, lub zsunąć. Problem w tym, że gdy żółto- czarny strój zniknął w eksplozji złotego blasku, jej magiczna zdolność straciła działanie, które Żądło wywarło na pewnego morderczego skorupiaka. Gardłowy warkot za plecami młodych herosów wydawał się niższy i głębszy, niż wszystkie dźwięki, które kiedykolwiek usłyszeli. Nie był pełen zwierzęcej furii, ani szalonej ekscytacji drapieżnika, który w końcu dostał w swoje łapy ofiarę, która długo z nim igrała, umykając w ostatnim momencie. Był martwy i pusty. Brzmiała w nim ponura satysfakcja. Wydawała się dziwnie obca, nie pasująca do dzikiego potwora, który jak dotąd roznosił Paryż na strzępy. Całkiem zapomnieli o wybuchu ich liderki i jak jeden mąż odwrócili się w stronę Scorpiusa. Na pierwszy rzut oka wydawać się mogło, że Żądło jednak nie przestało działać. Potężna, biała sylwetka wciąż odcinała się na tle gruzów, nieruchoma jak głaz. Tylko ogon, z potężnym kolcem jadowym na końcu, kołysał się niespiesznie w rytm oddechu właściciela. Wszyscy zamarli, jakby liczyli, że póki nie poruszą choćby jednym mięśniem, akuma ich nie zauważy. Jak to mówią 'Nadzieja umiera ostatnia'. Ostatnia, ale tym razem nie sama. Scorpius niespiesznie zrobił krok w przód, nie spuszczając spojrzenia podobnych otchłaniom ślepiów z młodych bohaterów. Zanim którekolwiek z ich zdążyło zareagować, ogon wystrzelił zza jego szerokich pleców i wbił się w brzuch jedynej osoby, która nie potrafiła uskoczyć na czas- wciąż siedzącej na kupie gruzu Chloe. Pozostali rozpierzchli się w różnych kierunkach, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy kolec przebił nieszczęsną dziewczynę na wylot, albo, czy wciąż mają szansę ją uratować. Podświadomość wzięła górę nad heroizmem i zmusiła ich do biegu. Wbrew ich założeniom, kolec nie przewiercił się przez dziewczynę jak potężny pocisk. Wbił się na kilka centymetrów i natychmiast wysunął z rany, zostawiając Chloe leżącą na połamanych kawałkach szkła i betonu. Później do niej wróci i się pobawi- powinna wytrzymać więcej niż ludziki z piru-midum. Ale najpierw musiał upolować pewnego nieznośnego robaka, który miał więcej szczęścia, niż rozumu. Gdy rozejrzał się dookoła, nie zobaczył ani skrawka barwnego materiału. Schowali się. Marco-polo! Hahahaha. Głupie robaczki nie nauczyły się jeszcze, że nie potrzebował ich zobaczyć, żeby wiedzieć, gdzie się kryją?! Chrapliwy śmiech wydarł się z czarnej pustki, która służyła mu za usta i choćby chciał, nie mógł jej opanować. Łowca, który kiedyś był chłopcem, wziął głęboki wdech i skupił się na wyczuwanych zapachach. Kochał grę w chowanego. Zawsze wygrywał.
Chloe leżała na resztkach Luwru, czując, jak w plecy wbija jej się kawałek szkła, ale to nie było jej największe zmartwienie. W brzuchu, na wysokości żołądka dziewczyny, ziała stożkowata dziura, z której sączyła się karmazynowa krew. Chloe próbowała zatamować krwawienie dłonią, ale całej jej ciało było wiotkie, nie reagowało na usilne starania, by zrobić najmniejszy ruch. Była sparaliżowana. Obrzeża rany były napuchnięte i przybierały lekko zielonkawy kolor, co znaczyło mniej więcej tyle, że jad Scorpiusa działał z zabójczą szybkością. Wszystkie zakończenia nerwowe rozrywał potworny ból, wyciskając z błękitnych oczu dziewczyny łzy. Leżała tam sama, bezbronna, niezdolna ruszyć choćby jednym mięśniem, ze świadomością, że dzisiaj umrze.
Lisica i Żółw kryli się po prawej, a Tinea we własnej osobie, po lewej. Scorpius nie mógł się doczekać przyniesienia Mężczyźnie trofeum, w postaci głowy dziewczyny w kucykach, ale złoty głos szeptał, by znalazł w sobie cierpliwość. Pozwól jej przyjść do ciebie, nie na odwrót. Zgodnie z radą, Scorpius skręcił w prawo i błyskawicznie znalazł się przy parze gołąbeczków, które wtulały się w siebie nawzajem, jakby to miało uchronić ich przed ostrymi szponami i zabójczym jadem. Gdy blada sylwetka stanęła tuż nad nimi, oboje wydali z siebie zduszony okrzyk, nie potrafiąc się poruszyć. Scorpius wymierzył cios kolcem jadowym w bok chłopaka, ale ten w ostatniej chwili użył swojego irytującego zaklęcia. Zielona kula, świecąca delikatnie w blasku młodego jeszcze dnia, oddzieliła ich na chwilę od niebezpieczeństwa. Ciche pikanie miraculum Żółwia- bransoletki na nadgarstku Nino-zaakcentowało tą 'chwilę' bardzo wyraźnie. Sztuczki! Znowu czary-mary! Wściekły Łowca zaczął uderzać wszystkimi czterema parami rąk, sprawiając, że bariera rozjarzyła się jasną zielenią. Pazury raz po raz nieskutecznie drapały magiczną tarczę, nie potrafiąc się przez nią przebić. Mam dość sztuczek! Kolejny ryk, tym razem drżący od miotających się pod pancerzem emocji, wydawał się sam w sobie wstrząsnąć polem obronnym. Nino i Alya wymienili przerażone spojrzenia, przytulając się jeszcze mocniej. Bransoletka zapikała po raz drugi, oznajmiając zagładę nadchodzącą już za trzy minuty. Teraz mogli już czekać jedynie na cud.
Biedronka bardziej wyczuła niż zobaczyła przemykającego obok niej potwora. Potem mogła jedynie patrzeć jak kolec jadowy unosi się i z zatrważającą prędkością mknie w stronę jej przyjaciół. W ostatniej chwili Nino krzyknął 'Osłona!' i otoczyła ich kula zielonego światła. Marinette westchnęła z ulgą, widząc, że na ten moment oboje są bezpieczni, ale wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu. Rozejrzała się wokoło, modląc się, żeby Scoprius nie znudził się zbyt szybko bezowocnym drapaniem ochronnej kopuły i nie postanowił dla odmiany zapolować na nią. Szczęśliwy traf- znak STOPu leżał tam, gdzie go zostawiła, gdy wbrew wszystkim swoim przekonaniom uciekła jak skończony tchórz. Nieopodal Królowa Pszczół leżała nieruchomo. Jedynym, co mówiło, że jeszcze żyje, była sącząca się s rany na brzuchu dziewczyny krew- znaczyła ona tyle, że serce jeszcze bije. Poczucie winy zalał Mari gorzką falą. Zostawiliśmy ją. Uciekliśmy i zostawiliśmy ją samą, na pastwę akumy. Teraz jednak miała szansę wszystko naprawić. Musiała jedynie pokonać Scorpiusa. Potrzebowała Szczęśliwego Trafu. Przygotowała się do biegu, ale w ostatniej chwili ktoś złapał ją za nadgarstek. Odwróciła się i spojrzała prosto w kocie oczy swojego partnera. W porównaniu do czarnego stroju, jego skóra wydawała się być dosłownie biała- strach zatarł dawną opaleniznę, upodabniając chłopaka do zjawy. W szmaragdowych oczach lśniło przerażenie, ale nie o niego samego. Wiedział, że chciała zaatakować Scorpiusa, i że szanse powodzenia były niewielkie. Wydawał się błagać ją, żeby tego nie robiła, jednocześnie nie mówiąc ani słowa. Musiała, a on nie był w stanie je pomóc, ani jej obronić. Znowu był bezużyteczny. Marinette delikatnie uwolniła rękę z uścisku i uśmiechnęła się uspokajająco, próbując zignorować zaciskający się żołądek i najciszej jak tylko potrafiła, zakradła się do znaku i złapała go oburącz. Scospius nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem, w całości pochłonięty walką z niezniszczalnym polem siłowym. Biedronka wzięła głęboki wdech i przemknęła przez gruzowisko tak blisko Scorpiusa, jak tylko mogła. Zacisnęła obie dłonie na metalowym drążku i uniosła go nad głowę.
Za tobą, amico. Złoty głos wyszeptał, wyrywając Scorpiusa z transu, w który wpędziła go wściekłość. Natychmiast obrócił się, by zobaczyć dziewczynę w czerwonym stroju w kropki, ze znakiem STOPu w dłoniach. Jednym ciosem wytrącił jej osobliwą broń, która przeleciała kilka metrów i jak oszczep wbiła się w ziemię, tablicą do dołu. Następny cios był wymierzony w głowę tineam*, ale w ostatnim momencie Marinette usunęła się mu z drogi. W akcie desperacji złapała sznurek joja, który do tej pory miała obwiązany wokół bioder i unieruchomiła jedną z czterech rąk akumy. Scorpius spojrzał na nią z czymś na kształt rozbawienia i z całej siły szarpnął za sznurek, posyłając dziewczynę w powietrze. Połamane cegły i beton zaserwowały jej twarde lądowanie, ale dużo większym problemem, niż kilka siniaków, była blada sylwetka, która prawie natychmiast pojawiła się nad nią. Marinette szumiało w głowie i nie potrafiła zebrać myśli. Głowa. Uderzyłam głową...ale boli... Gdzieś z oddali Mari słyszała głos swojej przyjaciółki. Alya krzyczała, ale nie dało się zrozumieć, co dokładnie. Nino z trudem powstrzymywał ją przed wybiegnięciem z bezpiecznego schronu, chociaż sam wyglądał tak, jakby chciał pobiec na ratunek Biedronce. Ale jaki był tego sens? Przegrali. Szczęśliwy Traf zawiódł. Ona zawiodła. Nadszedł koniec. Marinette zamknęła oczy, nie chcąc patrzeć na niewyraźną postać, która napajała się tryumfem i widokiem pokonanego przeciwnika. Przepraszam, Tikki.
Biedronka leżała na ziemi. Nawet nie próbowała wstać. Potężny Scorpius stał nad nią jak kat nad skazańcem, z tym wstrętnym, przypominającym rozdarcie uśmiechem. Nie. Nie nie nie... Nie mógł pozwolić, aby to coś tknęło jego ukochaną! Nikt, nie ważne, jak wielki, ani jak silny by nie był, nie ma prawa podnieść ręki na Biedronkę! Logiczne myślenie zastąpił instynkt, a krew- adrenalina. Czarny Kot złapał swój kij i zapomniawszy o rannym ramieniu, zapomniawszy o całym świecie, zaatakował. To dla ciebie, Kropeczko.
Scorpius był zbyt zajęty zwycięstwem, by zauważyć ciemny kształt, który skoczył w jego kierunku. Pierwszy cios, wymierzony w opancerzony brzuch i tak nie zdał się na wiele, ale potem ten nieznośny fēlēs uniósł koniec kijka i nacisnął mały, zielony przycisk, wydłużając go. Trafił prosto w oko Łowcy. Ból był ostry i zaskakujący. Scorpius zapomniał już, jak to jest czuć fizyczny ból. Zaskrzeczał i zatoczył się, osłaniając twarz dwoma dłońmi, jednocześnie próbując na ślepo złapać kocura pozostałymi. Wtedy, tknięty nagłym impulsem, Czarny Kot rozpędził się i z całej siły popchnął Scorpiusa do tyłu. Wciąż oślepiony i zdezorientowany, potwór nie zdołał utrzymać równowagi i runął na plecy. Całym ciężarem ciała nabił się na drążek znaku, który tym razem przeszedł na wylot przez miękkie wnętrze i wygiął od wewnątrz pancerz na brzuchu akumy. Scorpius wydał z siebie agonalny skrzek, który miarowo przeszedł w krzyk dziecka. Odgłos ten wydawał się wstrząsnąć wszystkimi szybami, jak i duszami w okolicy. Gdy krzyk zamilkł, blade ciało zamarło w bezruchu, a z pęknięcia w pancerzu wyleciał mały, czarny motylek.
Czarny Kot przyglądał się temu ze skrajnym niedowierzaniem. Udało się? Spojrzał na Kitkę i Pancernika, równie zdziwionych. Po raz pierwszy zobaczył w ich oczach podziw, ale był zbyt skołowany całą sytuacją, by od razu zrozumieć, że jest skierowany do niego. Oboje wymienili spojrzenia, po czym wyszczerzyli się do niego, unosząc w górę kciuki. Pancernik odwołał Osłonę i oboje podbiegli do niego. Ruda Kitka rzuciła mu się na szyję i mocno go uściskała, sprawiając, że ból w ramieniu wrócił ze zdwojoną siłą. Nie przerwał jej, nie chciał zrujnować momentu. Gdy go puściła, na zdrowym barku poczuł dłoń swojej partnerki. Uśmiechała się do niego z wdzięcznością, a po chwili namysłu delikatnie musnęła jego policzek wargami. Serce w piersi kociego bohatera przyspieszyło do prędkości światła, a twarz oblał dorodny rumieniec. Nic nie mogło zepsuć tej chwili. Chloe! Adrien przypomniał sobie o swojej przyjaciółce z dzieciństwa, która, chociaż bywała trudna, zawsze pozostanie jego przyjaciółką. Pobiegł w jej kierunku, modląc się, aby jeszcze nie było za późno. Znalazł jej nieruchome ciało porzucone w niedbały sposób, z głęboką raną ziejącą z brzucha i łzami zaschniętymi na policzkach. Nawet nie miała na sobie kostiumu. Jasna pidżama była przesiąknięta krwią. Małe kwami w żółto-czarne paski siedziało jej na ramieniu i cicho kwiliło. Upadł na kolana i wziął sztywniejące zwłoki w ramiona. Głowa okolona złotymi włosami jeszcze zmierzwionymi od poduszki, bezwładnie opadła mu na ramię, przełamując ostatnią linię obrony. Zaczął płakać jak małe dziecko. Całe jego ciało drżało, a po policzkach spływały łzy. Kitka i Pancernik do niego dołączyli i wszyscy otoczyli zmarłą bohaterkę uściskiem. Nawet nie zauważyli, gdy fala magicznych biedronek uderzyła w nich i delikatnie łaskocząc, przemknęła dalej, naprawiając wszystkie szkody, które wyrządziła akuma. Zdemolowane muzeum i ulice, zniszczone samochody i wyrwane z ziemi lampy wróciły na swoje miejsca. Rana na barku Czarnego Kota zagoiła się w kilka chwil, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Z rozpaczy wyrwał go dopiero wściekły głos.
-Zostawiliście mnie!- Wszyscy troje odsunęli się, nie wierząc własnym uszom i zobaczyli szczerze wkurzoną córkę burmistrza Paryża. Ciskała błyskawicami z błękitnych oczu, ale była cała i zdrowa.
-TO COŚ MNIE UŻĄDLIŁO!- Wrzasnęła i założyła ręce na piersi.
-Co za ironia. Królowa Pszczół została użądlona.- Adrien nie mógł się powstrzymać. Zalała go fala ulgi, a co za tym idzie, odzyskał humor do żartów. Na jeszcze bardziej wściekłe spojrzenie odpowiedział szerokim uśmiechem. Nawet Ruda Kitka i Pancernik się zaśmiali.
-Po pierwsze: ha-ha, bardzo śmieszne. Po drugie: JAK ŚMIESZ MNIE DOTYKAĆ! TYLKO ADRIENEK MOŻE BRAĆ MNIE W RAMIONA.- Zaskoczony nagłą zmianą tonu, Czarny Kot odskoczył w tył, spełniając prośbę Chloe i wypuszczając ją. Gdy doszło do niego, jak komiczna była ta sytuacja, zważywszy na kto krył się pod kocią maską, znowu zaczął się śmiać. Udało się! Naprawdę się udało! Ledwo mógł w to uwierzyć. Popatrzał na Biedronkę, która jako jedyna do nich nie dołączyła i zobaczył stojącego obok niej chłopca. Mógł mieć z dziesięć lat. Miał jasną karnację i brązowe, nieobecne oczy wpatrujące się w jakiś niewidoczny punkt na horyzoncie.. Ciemne włosy zwijały się w grube fale i niesfornie opadały w każdym kierunku. Rozglądał się skołowany, mamrocząc coś o zdjęciach i skorupiakach, a gdy Biedronka zapytała go o jego imię, na chwilę zamilkł, skierowując zamglone spojrzenie na jej zamaskowaną twarz.
-Leo.- Prawie wyszeptał, po czym po prostu odszedł. Powolnym, osowiałym krokiem przemierzał plac, który niedawno sam zdemolował. Wszystkie oczy skierowały się na nikłą postać dziecka, które omal nie porozrywało ich na strzępy.
-On jest taki mały.- Mruknęła Ruda Kitka, nie wierząc własnym oczom. Ot dziecko, które spędza popołudnia grając na komputerze albo bawiąc się autkami. Myśl, że dziesięciolatek prawie rozszarpał ich wszystkich na strzępy wydawała im się wręcz śmieszna, ale nikt nawet nie zachichotał. Scorpius nie był tematem do żartów.
Czarny Kot zaoferował, że odprowadzi Chloe do jej pokoju i odda miraculum Mistrzowi Fu, więc Biedronka mogła zająć się Alya'ą i Nino. Schowali się w najbliższym zaułku- w ostatniej chwili, bo Wayzz już i tak wstrzymywał przemianę o dużo za długo. Gdy oboje wrócili do swoich cywilnych form, a kwami dostały zasłużone przysmaki, przyszedł czas na pożegnanie. Bez ociągania oddali Biedronce magiczne przedmioty i Nino odprowadził Alya'ę pod sam dom by 'zapewnić jej bezpieczeństwo'. Biedronka odniosła oba miracula i wszystko wróciło do normy.
Czyż to nie piękne? Paryż znów zapadł w ignorancki sen, przeświadczony o tym, że nie ważne, co się stanie, Biedronka machnie jojem i wszystko naprawi. Słodkie. Żałosne, ale słodkie. Tylko, że właśnie nadchodzi czas, w którym świat wyrżnie kozła i przewróci się do góry nogami. Życie to nie bajka, a happyendy wymyślono by łudzić się, że jest inaczej. Czas, aby pewna puscilla tinea przekonała się na własnej skórze, jak groźny i okrutny jest ten świat.
Tadaa! Oto i drugi post
Mam nadzieję, że wam się podobało!
A jeśli podobają wam się moje bazgroły, w linku poniżej znajdziecie konto na tumblr poświęcone rysunkom do tego bloga( będzie ich tam więcej, bo tu pojawią się tylko okładki postów)
SŁOWNICZEK
*praedāe-rum (łac.)- ofiary -ofiar
*meō novō amicō (łac)- mój młody przyjacielu
*tinea-m (łac)- robak-a
*demum (łac) - teraz, już
*fēlēs-is (łac)- kot -kota
*meō novō amicō (łac)- mój młody przyjacielu
*tinea-m (łac)- robak-a
*demum (łac) - teraz, już
*fēlēs-is (łac)- kot -kota

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz