niedziela, 24 marca 2019

Akt 1: Preludium Scena 1: Mężczyzna i Chłopiec w Pancerzu

Witam na nowym blogu- zarówno tych, którzy poznali już inne moje historie, jaki i tych, którzy znaleźli to miejsce podczas przeczesywania bezkresu internetu. Mam nadzieję, że znajdziecie tu to, czego szukaliście. Tak dla jasności- jeżeli nie lubisz tematów takich jak rozlew krwi, brutalność, to obawiam się, że historia ci się nie spodoba! Tak ogółem będzie to 'poprawiona' wersja historii napisanej dawno temu. Tutaj styl będzie (mam nadzieję) lepszy, historia bardziej rozwinięta i dopracowana, a przebieg wydarzeń praktycznie całkowicie się zmieni, więc nawet jeśli czytałeś/aś już Historię Silverwolf, zachęcam by dać szansę Legendzie- naprawdę warto! Tak więc, bez przedłużania, przejdźmy do pierwszego rozdziału.
PS
W mojej historii Biedronka i Czarny Kot dostali swoje miracula mając 15 lat, a sama akcja ma miejsce 2 lata później.


 To dopiero początek i nic z tego, co nas czeka, nie będzie proste.





Diabli wiedzą czym to się skończy, ale dobrze, że się zaczyna.



   Wysoka, blada postać przemykała pomiędzy budynkami opustoszałego, zaspanego Paryża. Dwoje młodych superbohaterów z trudem za nią nadążało. Ich kroki odbijały się echem, prawie natychmiast ginąć w gęstym milczeniu nocy. Oddychali ciężko, zmęczeni długodystansowym biegiem- pogoń za akumą trwała już od dobrych kilku godzin, a ona wciąż nie okazywała oznak zmęczenia. Z drugiej strony żadne z nich nie miało ochoty, na konfrontację, która była jedynym możliwym finałem pościgu. 

Tym razem Władca Ciem przeszedł samego siebie- akuma była wyższa o głowę od normalnego człowieka, miała dwie pary muskularnych ramion o dłoniach zakończonych ostrymi jak brzytwa pazurami. Nogi o krótkich łydkach i długich stopach bardziej przypominały zwierzęce niż ludzkie. Gruby ogon zakończony ogromnym kolcem jadowym przywodził na myśl skorpiona, co z resztą tłumaczyło imię akumy- Scorpius. Całe jego ciało pokrywał lśniący pancerz w barwie brudnej bieli. Najbardziej osobliwą częścią stwora była jednak twarz. Zdarzyło im się już walczyć z różnymi przeciwnikami, ale on... Zarówno nienaturalnie szerokie usta ułożone w uśmiechu, jak i troje oczu- dwoje umiejscowionych tam, gdzie u większości ludzi, zaś trzecie pomiędzy nimi- przypominały raczej dziury wydarte w tkaninie. Nierówne, postrzępione krawędzie okalały czarne, bezkresne dziury, które przewiercały cię na wylot za każdym razem, gdy bestia zwracała w twoim kierunku łeb.
   Dotychczas akuma zachowywała się dość zwyczajnie- jak na przeklętą przez magicznego motyla-psychopatę osobę. - Scorpius kogoś szukał, prawdopodobnie osoby, która go zraniła. Nowością był jedynie fakt, że nie interesowała go walka z Biedronką i Kotem, zupełnie jakby Władca Ciem zapomniał mu wspomnieć o zdobyciu ich miraculów. Ilekroć próbowali go spowolnić, chwytał najbliższy duży obiekt i ciskał go w ich kierunku, natychmiast wracając do poszukiwań. Nawet gdy, niezbyt rozważnie, Kot z całej siły uderzył go swoim kijem, broń odbiła się od pancerza Scorpiusa z głośnym klang !, czego tamten zdawał się nawet nie zauważyć. Ledwo zdążyli wymienić ze sobą zaskoczone spojrzenia, bo akuma już zniknęła im z oczu.
Od początku nie mówił zbyt wiele, ale z czasem całkowicie zamilkł, od czasu do czasu wydając z siebie gardłowe warczenie, gdy kolejny raz przerywali jego poszukiwania. Nie wiedzieli kim był ani, co ważniejsze, gdzie schowała się akuma. Stwór był jednym wielkim zabójczym znakiem zapytania.
    Mały Chłopiec w Pancerzu biegł, nie zważając na nic- chłód nocy, podążających za nim bohaterów, ani brzęczący głos, który bez ustanku rozbrzmiewał w jego głowie. Leo nie potrafił zrozumieć, czego głos od niego chce, ale domyślał się, że to głos czarnego motylka, który wleciał do jego pokoju przez okno. Wtedy jednak głos motyla był spokojny i obiecywał piękne rzeczy- że pomoże mu znaleźć Jego. Że uczyni Leo godnym spotkania z Mężczyzną, w którego nikt nie chciał uwierzyć, a którego chłopiec widział na własne oczy, jak rozkazuje podobnemu do skorpiona diabłu. Gdy Leo opowiedział o tym innym, wyśmiali go. Chciał udowodnić im, że On istnieje, ale, gdy następnej nocy Leo zrobił mu zdjęcie, rano na karcie pamięci aparatu znalazł jedynie zdjęcia skorpionów. Stał się pośmiewiskiem, wszyscy przezywali go 'skorupiak', popychali i oblepiali mu szafkę zdjęciami robali i pajęczaków. Wszyscy go gnębili i próbowali złamać, ale Leo nie stracił wiary. Mężczyzna istniał i chłopiec wierzył, nie, wiedział, że On pomoże mu zmiażdżyć tych, którzy go dręczyli. Teraz to on miał uśmiechać się najszerzej z nich wszystkich.
   Po raz pierwszy akuma zatrzymała się sama z siebie i przechylając głowę to na prawo, to na lewo, nasłuchiwała milczącego miasta. Symbol fioletowego motyla pojawił się na krótko, migocząc słabo w czerni nocy i zniknął, zostawiając Biedronkę i Czarnego Kota sam na sam z przeciwnikiem. Blady pancerz lśnił lekko w świetle księżyca. Bohaterowie, widząc, że akuma przestała uciekać, postanowili odsapnąć chwilę po męczącym pościgu. Schowali się za rogiem ulicy, ukradkiem spoglądając na Scorpiusa, niepewni, czy znów gdzieś nie pobiegnie.
-Masz jakiś plan? - Czarny Kot oparł się ciężko o ścianę, próbując złapać dech i spojrzał na swoją partnerkę. Jego kocie oczy odcinały się w mroku jak dwie miniaturowe latarnie, ale gdyby je zamknął, byłby praktycznie niewidoczny.
-Na razie wiemy jedynie, że jest szybki i silny. - Biedronka westchnęła bezradnie. - Może spróbujmy znaleźć jego słabe punkty? - Nie znali nawet jego zdolności, chociaż można się było domyślić, że wiązała się z kolcem kołyszącym się miarowo na końcu jego ogona jak ponura, niema groźba.
-Brzmi prawie jak plan. - Kot wydawał się bardziej optymistycznie nastawiony niż ona. To przez ślepe zaufanie, czy głupią, młodzieńczą butę? Ta myśl na chwilę zatańczyła w głowie Biedronki, jak czarny latawiec na wietrze, po czym rozmyła się w eter. To nie był czas i miejsce na bezużyteczne myśli. Skinęła głową, dając swojemu partnerowi do zrozumienia, że jest gotowa i nakazała gestem, aby zaczekał, a sama wyjrzała zza rogu, by sprawdzić, gdzie dokładnie jest przeciwnik. Na sekundę przed tym, jak wychyliła głowę, prawie wierzyła, że stwór uciekł, lub rozpłynął się w nicość, że był tylko złym snem. Chociaż nigdy nie powiedziałaby tego głośno, bała się Scorpiusa. Coś w milczącej, bladej postaci o ślepiach czarnych jak noc i szerokim, karykaturalnym uśmiechu budziło grozę. Ten strach był jak cień przemykający na skraju pola widzenia- chociaż nie możesz do końca go zobaczyć, lub nazwać, nie możesz zaprzeczyć jego istnieniu. Nie odważyła się powiedzieć tego Kotu. Nie chciała wyjść na tchórza, przecież on tak jej ufał! Tą myśl też odepchnęła. Nie mogła dać się skonsumować strachowi.
   W chwili, gdy jej oczom powinna ukazać się skąpana w mroku nocy ulica, Biedronka wiedziała już, że ma kłopoty. Nie dlatego, że zobaczyła jedynie kawałek bladego, opancerzonego brzucha, tylko przez oddech, który ją owionął. Mieszanka odoru podziemi, stęchlizny i śmierci. Zniknęło uczucie strachu. Zniknęła cicha nadzieja. Została tylko jedna myśl- 'Nie możemy go pokonać. Nie da się go zabić. On już jest martwy. Tak mogą cuchnąć tylko zwłoki.' Jak na poparcie tej tezy, w uszach zadźwięczało jej zdanie, które musiała gdzieś usłyszeć- Co jest martwe, nie może umrzeć. Dobrze powiedziane. Nie tak dobrze dla nich...
   Scorpius zawarczał gardłowo, zwracając bladą głowę w kierunku dziewczyny. Jej fiołkowe oczy na chwilę spotkały się z jego bezdennymi ślepiami i Biedronka mogłaby przysiąc, że karykaturalny uśmiech nieznacznie się poszerzył. Wszystko to trwało niecałą sekundę, ale wydawało się przeciągać w nieskończoność. Potem na jej głowę spadł jak grom z jasnego nieba kolec jadowy, którego miażdżąca siła wbiła go głęboko w chodnik, na chwilę unieruchamiając bestię. Przed śmiercią uratował ją refleks jej partnera, który w ostatniej chwili pociągnął ją w tył. Potem, jak we śnie, widziała, jak Kot łapie ją za nadgarstek i ciągnie za sobą, próbując uciekać. ScorpiusZa ich plecami wściekle warczał, próbując uwolnić ogon z pułapki. Wszystko było tak surrealistyczne, tak odległe. W głowie wciąż słyszała dziki taniec niewypowiedzianych słów. Co jest martwe, nie może umrzeć... On już jest martwy...Nie możemy... pokonać... Martwy...
-iedronko! Hej! Biedronko! - Dopiero po chwili doszło do niej, że Czarny Kot potrząsa nią z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Wzięła głęboki oddech i zamrugała kilka razy, wracając do siebie. Jedynym, co pozostało po hipnotycznym stanie, było czarne, zimne słowo wbite w tył jej głowy jak zardzewiały gwóźdź. Śmierć. 
   Donośny skrzek za ich plecami wydawał się nie tyle zatrząść szybami w oknach, co wszystkimi budynkami na ulicy. Bestia zdołała wyrwać ogon z chodnika, ale znowu straciła zainteresowaniem młodymi bohaterami. Rozglądała się to w prawo, to w lewo, węsząc i nasłuchując.
   Młodzi bohaterowie zastygli w bezruchu, bojąc się przypomnieć akumie o ich istnieniu. Milcząc, zwrócili uwagę na nocne odgłosy miasta, a dokładniej na ich brak. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy i turyści uciekli na wieść o panoszącej się po ulicach Miasta Miłości istocie. Silniki samochodów nie warczały, uliczek nie rozjaśniały symfonie rozmów, nawet wiatr nie odważył się przerwać milczenia. Cały świat czekał z zapartym tchem... tylko na co?
    Tak! Tak! TAK! To On! Złoty Mężczyzna! Znalazł Leo i nadchodził, by się z nim spotkać. Serce chłopca zabiło szybciej pod bladym pancerzem. Wydał z siebie radosny okrzyk, który zabrzmiał dziwnie- jak skrzek. Ale  to nie miało znaczenia. Już nic nie miało znaczenia.
       stuk... stuk... stuk...
    W narastającej ciszy odgłos podeszew spotykających chodnik wydawał się głośniejszy od huku gromu. Powietrze wydawało się naładowane elektrycznością. Zapach siarki wypełnił ich nozdrza, a temperatura zaczęła się podnosić, zupełnie jakby Słońce zaczęło opadać na powierzchnię Ziemi lub piekło wydostawać się na powierzchnię. Światło księżyca skąpało Paryż w złotej poświacie. Na murach zatańczyły cienie półludzkich stworów o długich ogonach, rogach, kłach i skrzydłach. Tłum niemo wiwatujący na cześć nadchodzącego.
      stuk... stuk... stuk...
Gorąc stawał się nie do zniesienia. Powietrze paliło płuca, pot zalewał im oczy, a asfalt przyklejał się do stóp. Młodzi bohaterowie Paryża, wielcy obrońcy i idole, upadli na kolana, nie mogąc utrzymać się dłużej na nogach. Stukanie butów było tak głośne, jakby kroczył ku nim gigant. Zupełnie, jakby cały świat zniknął, pozostawiwszy po sobie upał i te cholerne, niespieszne stuk, stuk, stuk.
   W końcu i ono ucichło. Biedronka uniosła z trudem wzrok, chcąc ujrzeć istotę, która planowała spalić ich żywcem. Wyobrażała sobie bestię większą i potężniejszą od Scorpiusa. Zakutego z ognistą zbroję pięciometrowego potwora. To, co zobaczyła, dalece odbiegało od jej wizji, ale budziło równą grozę.
Naprzeciwko Scorpiusa stał mężczyzna. Nie, Mężczyzna, pomyślała. Nie wiedziała, skąd, ale była pewna, że tak powinno być. Mężczyzna był wysoki i dobrze zbudowany. Miał sięgające ramion, zadbane, czarne włosy. Jego oczy przywodziły na myśl dwa bliźniacze słońca. Twarz, przystojna, o ostrych rysach, była ponadczasowa- pozbawiona jakichkolwiek oznak starzenia się, ale jednocześnie mająca w sobie jakąś pradawną moc. Nie nosił zbroi- jedynie czarne spodnie i koszulę, a po jego ramionach spływał złoty płaszcz. Chociaż był niższy od akumy, i musiał lekko unieść głowę do góry, by spojrzeć Scorpiusowi w czarne ślepia, ani na chwilę nie wyglądał groteskowo. Lekko wykrzywił wąskie usta w uśmiechu i wymówił jedno, krótkie zdanie. Iuvenis ad lorica, necare pro me. Przeniósł spojrzenie złotych oczu na nią i jej partnera. Wzrok akumy powędrował w ślad za nim, a z gardła bestii wydarło się warknięcie. Mężczyzna spojrzał młodej bohaterce prosto w oczy i uśmiechnąwszy się szerzej, przemówił.
-Skąd ta powaga, pusilla tinea*?- Miał ciepły, mocny głos, emanujący siłą, ale miły dla ucha. Wydawał się miękki jak atłas. Głos mówcy.- Nadchodzi ostatni akt mojej sztuki, więc czas się cieszyć!- Zaśmiał się krótko. Jak ktoś tak straszny, może mieć taki piękny śmiech? Biedronce zakręciło się w głowie i podparła się, by nie paść na twarz przed Mężczyzną. Wywołało to kolejną falę śmiechu.- Cóż, skoro nie chcesz ze mną rozmawiać, zostawię was z moim małym przyjacielem. Au revoir.- To powiedziawszy, stanął w płomieniach. Marinette krzyknęła, przerażona słupem ognia tak wysokim, że zdawał się  dotykać gwiazd. Po chwili już go nie było- została jedynie kupka popiołu. Wtedy temperatura powietrza gwałtownie spadła, wywołując gęsią skórkę. Biedronka poczuła niewypowiedzianą ulgę, gdy wreszcie znów mogła normalnie oddychać. Spojrzała na Kota, który naprał w płuca tyle powietrza, ile tylko zdołał, po czym wypuścił je, wzdychając cicho. Uśmiechnął się do niej, pokazując równe, białe zęby. Koszmar wreszcie się skończył.
   Siedzieli. Oni...boha...boh... dziwne słowo, które nie podobało się Scorpiusowi. Niestety nie mógł sobie przypomnieć, jak brzmiało. Wiele słów zaczęło wypadać z głowy chłopca i choćby starał się ze wszystkich sił, nie potrafił ich zatrzymać. Kręciło mu się w głowie i nie potrafił zebrać tych.. no... słów, ale w głowie. Zawarczał, ale na tyle cicho, by ci...(głupcy- podpowiadał głos, nie motyla-dużo starszy, silniejszy- idioci, twoje ofiary) Kilka słów w głowie wróciło, mówiąc chłopcu, dlaczego tu jest- Mężczyzna o złotych oczach. Złoty mężczyzna. Dał mu... słowa, które każą... Iuvenis ad lorica, necare pro me! Zabij dla mnie. Trzy słowa, które jeszcze nie wypadły. Znów spojrzał na głupców i poczuł, jak jego serce przyspiesza. W głowie chłopca, który dawniej był Leo, pozostała tylko pustka i jedno słowo: Zabij. Zabij! ZABIJ!
   Radość Biedronki i Czarnego Kota przerwał bezszelestny atak. W jednej chwili cieszyli się chłodną, wrześniową nocą, a w następnej ostre pazury akumy przemknęły milimetry od twarzy Biedronki. Dziewczyna rzuciła się w tył, ledwie umykając śmierci, ale zaraz po pierwszym ataku nastąpił kolejny, a potem następny... akuma cięła pazurami, podążając za czołgającą się do tyłu bohaterką. Czarny Kot chwycił swoją broń i zdzielił Scorpiusa po głowie z donośnym klang!. Nie spotkało się to z żadną reakcją, więc znów uderzył, tym razem wykorzystując całą siłę, jaką udało mu się zebrać. Niestety zamiast charakterystycznego dźwięku rozległa się cisza, gdy akuma bez większej trudności złapała kijek jedną ręką. Scorpius uniósł broń, razem z trzymającym ją Kotem tak, by ich twarze były na podobnej wysokości, przez co chłopak zawisł pół metra nad ziemią. Młody bohater położył po sobie uszy i uśmiechnął się przepraszająco odsłaniając białe, proste zęby. Przynajmniej zostawił Biedronkę w spokoju...  Tyle zdążył pomyśleć, zanim został rzucony z ogromną siłą na ścianę najbliższego budynku. Walnął weń z głuchym łupnięciem, po czym opadł na ziemię. Auć Spróbował się podnieść, ale akuma natychmiast pojawiła się przy nim i jednym, mocnym kopniakiem przewróciła Kota na plecy. Scorpius zacisnął pazurzastą dłoń na prawym barku chłopaka i ponownie go uniósł, tym razem przyciskając go do ściany budynku. Wolnymi rękami wymierzył Kotu kilka mocnych uderzeń w brzuch i żebra. Chłopak jęknął z bólu i, złapawszy oburącz blade przedramię akumy, próbował się uwolnić. Wszystkie jego wysiłki ucięły pazury dłoni, która go utrzymywała, powoli wbijając mu się w ramię.  W pierwszej chwili Adrien po prostu wpatrywał się z niedowierzaniem w szkarłatne krople broczące rękę akumy. Przecież to niemożliwe. Te stroje są niezniszczalne. W następnej szok minął i w jego bark zapłonął potwornym bólem. Tym razem nie tyle jęknął, co wrzasnął, na co szpony wbiły się jeszcze głębiej, docierając do kości. Krzyk uwiązł mu w gardle, a po policzkach zaczęły spływać łzy. Scorpius wydał z siebie coś na kształt warkliwego rechotu i docisnął blondyna do ściany. Kolec jadowy na końcu ogona akumy uniósł się wysoko nad jego głowę i zalśnił ponuro w bladym świetle księżyca
Pomimo strasznego bólu rozrywającego mu ramię i przerażenia zaciskającego się jak wąż wokół jego serca, myśli Adriena były klarowne jak górski potok. Doskonale wiedział, co nadchodziło. To... coś, ten potwór zaraz go zabije, ale nie to było problemem. Gdy z nim skończy, zabierze się za jego ukochaną, za Biedronkę. Oczywiście ona nie da się pokonać tak łatwo jak on, ale nawet z całą swoją miłością i wiarą w niezwykłe zdolności Niesamowitej Biedronki, Czarny Kot nie miał wątpliwości, że Scorpius ją pokona. Był silny, szybki, jego pancerz z łatwością opierał się ich atakom, a pazury potrafiły rozedrzeć magiczny kostium, a to robiło go śmiertelnie niebezpiecznym.  Pewne więc było, że ją zabije. Adrien nie mógł na to pozwolić. Był jeden sposób, by pokonać potwora, którego nie da się uderzyć. Nawet jeśli żołądek skręcał mu się na samą myśl. Musiał być silny. Dla niej.
Czarny Kot ostatkiem sił wypowiedział magiczne słowo, a świat nagle wypełnił tęczowy dym.
   Wszystko wydarzyło się tak szybko. W jednej chwili akuma próbowała posiekać Biedronkę na plasterki, a w następnej już przyciskała jej partnera do ściany pobliskiego budynku. Na początku Marinette nie potrafiła się ruszyć. Leżała na plecach wsparta na łokciach i jak zahipnotyzowana wpatrywała się w odwróconą do niej plecami bladą sylwetkę. Do rzeczywistości przywołał ją krzyk. Nie od razu zorientowała się, kto krzyczy. Nigdy wcześniej nie słyszała, by jego głos był tak pełen strachu i cierpienia. Czarny Kot, ten sam, który tyle razy nadstawiał za nią karku i milczał, przyjmując przeznaczone dla niej ciosy, krzyczał z bólu. To był najstraszniejszy, najbardziej rozdzierający dźwięk, jaki kiedykolwiek usłyszała. Nagle krzyk się urwał, a martwa cisza, która go zastąpiła, była jeszcze gorsza. Jedynie cisza może być gorsza od krzyku.
Biedronka z trudem wstała i podniosła jojo, które wypadło podczas żałosnej namiastki ucieczki, jaką zaprezentowała. Za pierwszym razem ręce tak jej drżały, że okrągła broń z cichym stuknięciem upadła na asfalt. Dziewczyna natychmiast znów ją podniosła, tym razem chwytając dużo pewniej. Zobaczyła, jak wielki kolec jadowy unosi się nad łbem bestii, by zadać śmiertelny cios. Nie widziała pazurów przebijających magiczny kostium Kota, ale coś jej mówiło, że kolec nie zatrzyma się na skórzanym przebraniu. W akcie desperacji cisnęła jojo w stronę kolca i, omotawszy go cienką linką, pociągnęła z całych sił, chcąc choćby odwlec nieubłagane. Czemu szczęście Biedronki nigdy nie działa, gdy jest najbardziej potrzebne?! Marinette nie usłyszała, jak jej partner, kierowany miłością, wydaje wyrok śmierci. Nie słyszała też cichego protestu czarnego kwami, które użyczało mu swojej mocy. Wszystkie te odgłosy połknęła martwa cisza. Cisza. A potem dym. Kłębiące się chmury otaczające akumę i Kota jak mglisty welon, lub całun. Niewielka, lecz silna dłoń wylądowała jej na ramieniu. Ktoś powtarzał cicho jej imię. Obróciła się i zobaczyła niskiego starca o brązowych, skośnych oczach, dużych zakolach i siwej, koziej bródce. Jak zawsze miał na sobie tą samą czerwoną, hawajską koszulę, tak absurdalną w obliczu okropieństw tej nocy. Zdjął dłoń z jej ramienia i uśmiechnął się lekko, chcąc dodać dziewczynie otuchy.
-Ja odwrócę jego uwagę, a ty zabierz Czarnego Kota do mojego domu. Tam się spotkamy.- Z tymi słowy pokuśtykał w stronę akumy, wyciągając z torby garść niewielkich kulek, które celnie rzucił w głowę stwora, jeszcze gęściej otaczając ją dymem. Nie raczył odpowiedzieć, jak sam ma zamiar przetrwać starcie ze Scorpiusem, ale Marinette postanowiła się tym nie martwić- bądź co bądź ten staruszek miał w zanadrzu wiele sekretów i niespodzianek.
   Scorpius skrzeczał i prychał, dławiąc się dymem. Adrien poczuł, że uścisk zaciśniętej na jego barku łapy słabnie, a pazury zaczęły powoli wysuwać się z głębokich ran, budząc kolejną falę bólu. Zaskoczony obrotem spraw opuścił dłoń, wokół której wciąż lśniła magiczna poświata. Dym robił się coraz gęstszy, odcinając bestię i bohatera od świata. W końcu akuma puściła go, a chłopak wylądował ciężko na ziemi, kaszląc, nie potrafiąc złapać tchu. Prawa dłoń dotknęła ściany, o którą opierał się plecami, robiąc w niej wielką dziurę i wykorzystując destrukcyjną moc Kotaklizmu.             Powoli wyszedł z wielobarwnej chmury i natychmiast zauważył kolejnego natręta. Kolejną praedae- ofiarę. W głowie Scorpiusa pojawiło się słowo, ale bardzo ciche, ledwo słyszalne. Łowca, który kiedyś miał imię (L-e-o?), nie potrafił dobrze go zrozumieć dzi-dźa -ek? Tym razem jednak słowo nie było złe ani denerwujące. Było miłe i pachniało jak słodycze, wycieczki do parku i dym z fajki. Niestety miły zapach szybko zagłuszyło inne słowo. Słowo Mężczyzny. Necare! Miłe słowo nie było miłe Mężczyźnie i Scorpius poczuł wstyd, że jemu tak się spodobało, że dał się oszukać. Skoro Mężczyzna uważał, że było złe, musiało być złe. Łowca posłusznie ruszył do walki.  
  Przez chwilę akuma stała w powoli rozmywającej się chmurze dymu, wpatrując się w niego, przypominającymi bezdenne otchłanie, ślepiami. Fu, sparaliżowany przerażającym spojrzeniem, nie potrafił zmusić się, by sięgnąć po kolejne łzy Hong'a*. Czuł, jak  lodowata ciemność wylewa się z tych bliźniaczych  otchłani i ogarnia powoli jego jestestwo, wdzierając się w każdy zakątek jego umysłu. Coś poznawało każdy najskrytszy sekret, każdą myśl. Nie twór stojący teraz przed nim, a postać za zasłoną, dyrygent, reżyser, czekający na kolejny akt swojego dzieła. W końcu akuma ruszyła do ataku, przerywając ich kontakt wzrokowy i zwracając Fu władzę nad własnym ciałem. W ostatniej chwili wsunął dłoń do starej torby, którą miał przewieszoną przez ramię i wyciągnął z niej czarny, zakrzywiony, stożkowaty przedmiot przypominający kamień. Cisnął go a szarżującą akumę, inkantując zaklęcie: shǎndiàn*! Powietrze wypełnił zapach ozonu, a po ciele akumy przepełzły cienkie, blade wstęgi błyskawic. Akuma zaskrzeczała rozdzierająco i padła na ziemię. Jej pancerz wciąż błyskał gdzieniegdzie od wyładowań elektrycznych. Chociaż bestia wydawała się nieprzytomna, Fu nie odważył się tego sprawdzić. Odszukał wzrokiem Biedronkę i Czarnego Kota. Siedzieli na ziemi oparci plecami o spotykające się na rogu ściany budynku. Adrien przemienił się w swoją cywilną formę, więc nic więcej nie mogli zrobić. Patrzeli przed siebie, nie chcąc wydać jego tożsamości. Oboje byli bladzi i zmęczeni, a w ich podkrążonych oczach wciąż lśniły iskierki strachu. Jedynym ruszającym się elementem było czarne kwami, które latało wokół chłopca, dopytując się, czy jest cały i próbując pomóc, jak tylko mogło. Po chwili Plagg po prostu usiadł na lewym, zdrowym ramieniu swojego posiadacza i delikatnie się do niego przytulił. 
Strażnik miraculów podszedł do młodych bohaterów i upewniwszy się, że, nie licząc barku Kota, nic im nie jest, oraz, że Adrien może znów się przemienić, zaprowadził ich jednym ze swoich skrótów do niewielkiego mieszkania. Przez całą drogę Biedronka delikatnie podtrzymywała swojego partnera, zatrzymując się za każdym razem, gdy tamten syknął z bólu. To był ich pierwszy raz. Myśl uderzyła Fu jak potężny podmuch lodowatego wiatru. Pierwsze starcie ze światem, który ludzkość wyparła ze świadomości setki lat temu. Pierwszy i niestety nie ostatni. 
   Gdy w końcu dotarli do domu Mistrza Fu, Marinette czuła rwanie we wszystkich mięśniach. Dopiero gdy emocje opadły, doszło do niej, jak bardzo była zmęczona- najpierw bieg, potem walka (lub raczej jej żałosna namiastka). To była naprawdę ciężka noc. 
Pomogła Kotu usiąść na tkanej macie, po czym sama zajęła miejsce po jego lewej- nie mogła patrzeć na rozorane pazurami ramię jej partnera. Chłopak siedział blady i milczący, wpatrując się w jakiś niewidoczny punkt nieobecnym spojrzeniem. Marinette żałowała, że nie potrafiła pomóc mu w żaden sposób. Cała nadzieja w mistrzu Fu. Strażnik miraculów wszedł do mieszkania zaraz za nimi i od razu zniknął w pokoju obok. Gdy wrócił, trzymał w rękach spore drewniane pudełko i kilka słoików. Ukląkł po prawej stronie rannego i poprosił o odsłonięcie ramienia. Czarny Kot nawet nie drgnął. Mistrz powtórzył swoje słowa, a gdy i to nie dało efektu, delikatnie dotknął jego przedramienia. Chłopak podskoczył jak oparzony i spojrzał na Strażnika z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Wyglądał, jakby nie wiedział gdzie jest, ani kim jest mężczyzna, na którego patrzy. Po chwili wszystko wróciło do normy, a gdy tym razem Fu poprosił o odsłonięcie rany, Kot powoli zsunął złoty dzwonek, który zawsze wisiał na jego szyi, na wysokość ostatnich żeber i ostrożnie, od czasu do czasu sycząc z bólu, wyciągnął rękę z rękawa. Wszystkie mięśnie w jego ciele były napięte jak struna, a w jego kocich oczach, pomimo ewidentnej próby powstrzymania, zaczynały zbierać się łzy. Marinette patrzyła na to z mieszaniną współczucia i poczucia winy. Może gdyby wtedy nie zamarła, tylko od razu coś zrobiła, teraz byłby cały i zdrowy. 
Mistrz Fu wyjął z jednego z mniejszych słoików dwa zasuszone listki i kazał Kotu je żuć - miały chwilowo osłabić ból.-Niestety nie mam nic innego, bo sam zawsze używam suszonych liści mandragory.- Powiedział przepraszającym tonem, po czym uniósł większy słój, oznaczony jakimiś chińskimi symbolami i wypełniony gęstą, brązową substancją. 
-Ta maść powinna uśmierzyć ból....- Głos Mistrza przerwał panującą w pokoju martwą ciszę. Tylko że jego słowa aż się prosiły o dodanie na końcu trzech, prostych liter. Ale. No właśnie, zawsze jest jakieś ale.
-Ale Zanim ją nałożę, muszę oczyścić i zaszyć rany.- Spojrzał na chłopaka z tą okropną mieszanką współczucia i żalu. Ona nigdy nie wróży niczego dobrego. Starzec przez chwilę wyglądał, jakby chciał pocieszyć go jakoś, powiedzieć jedno z tych oklepanych zdań typu 'Nie będzie bolało... za bardzo' ale ugryzł się w język. 
 Czarny Kot spojrzał Fu prosto w oczy, po czym z trudem obejrzał swoje ramię- pięć dziur o długości 4-5 centymetrów i poszarpanych krawędziach wydawało się nie mieć dna, ale Kot wiedział, że kończyły się gdzieś przy kości, której Scorpius nie zdążył naruszyć. Ciemna, prawie czarna krew powoli sącząca się z ran, upodabniała je do ślepi akumy, która go tak urządziła. Nie miał wyjścia, nie mógł przecież pójść do szpitala, bo nie miał jak wyjaśnić ojcu, jakim cudem magicznie znalazł się na ulicy w środku nocy i 'przypadkiem' wpadł na akumę. Westchnął i utkwił wzrok w czubkach swoich stóp. Chociaż z całej siły starał się utrzymać emocje na wodzy, gdy spróbował coś powiedzieć, głos znowu go zawiódł. Czuł jak całe jego ciało delikatnie drży. Znowu się wyłączył. Nagle tysiące pytań bez odpowiedzi zalało go jak fala tsunami. Jak wytłumaczę to ojcu? Jak ukryję to na treningach szermierki? Albo jeśli będę musiał pozować w krótkim rękawie. Co jeśli Nino coś zauważy? Lub nauczyciele... Jak będę mógł pomóc Biedronce, jeśli nie potrafię nawet unieść ręki, którą walczę?! Wtedy jedna, spokojna myśl zastąpiła szaloną zawieruchę wirującą w jego głowie. Biedronka. Jego ukochana i jedyny sens istnieniaPoczuł jak po całym jego ciele rozlewa się przyjemne, delikatne ciepło, jak zawsze, gdy o niej myślał. Gdyby nie on, to ona byłaby teraz ranna. Ta myśl przerażała go bardziej niż cokolwiek innego, ale jednocześnie wywołała falę spokoju. Ona jest cała, a ja się mażę. A przecież jeśli jej nic się nie stało, nic innego nie ma znaczenia. Przeżyłem starcie ze Scorpiusem i  to też przeżyję, a gdy znowu staniemy do walki, będę, by zapewnić jej bezpieczeństwo... Przynajmniej na tyle, na ile taki dachowiec jak ja jest do tego zdolny. Gdy tym razem się odezwał, jego głos był spokojny i pewny siebie.- No dobrze, to do roboty.
   Fu nie był pewien, czy to dobry pomysł. Pewnie powinien wysłać Adriena do szpitala, ale w ten sposób naraziłby jego tożsamość na odkrycie, a, jeśli jego przypuszczenia były słuszne, to istota, która maczała palce w dzisiejszym ataku, była zbyt groźna, by mogli sobie na to pozwolić. Władca Ciem był człowiekiem i nawet, jeśli terroryzował Paryż i prawdopodobnie miał choćby resztki sumienia. Nie zdobyłby się na coś tak okrutnego jak tortury... a On zrobiłby to nawet nie potrzebując żadnych informacji, po prostu dla przyjemności. Na samą myśl o Złotym Mężczyźnie (Wang wiedział, że Jego imię brzmi inaczej, ale bał się choćby wypowiedzieć je w myślach, jakby to miało go przywołać) dreszcz wstrząsnął jego starym, kruchym ciałem. No właśnie był stary i słaby i, jak każdy człowiek, zbyt delikatny. Zresztą oni tak samo. Po raz pierwszy Strażnik pożałował, że nie wybrał kogoś starszego, bardziej doświadczonego. Oni byli tylko dziećmi. On był tylko starym głupcem, który łudził się, że w pojedynkę da radę stawić czoła tym, przed którymi Klasztor Strażników chronił miracula. 
Gdy Adrien zamarł w bezruchu, Fu prawie zmienił zdanie i już był gotów dzwonić po karetkę. Później będzie się martwić resztą. Ale wtedy chłopak znów się poruszył i z pewnością w głosie wyraził gotowość. Ufa temu staremu, przerażonemu głupcowi. Fu pokiwał powoli głową, jakby bał się, że ta wypadnie z zawiasów i zawiśnie na samej skórze. Po raz pierwszy od kiedy przyjechał do Paryża otworzył pudełko, które służyło mu za apteczkę i wyjął z niego jednorazowe sterylne igły i antyseptyczną nić. Czuł jak jego powykręcane przez bezlitosny reumatyzm dłonie drżą, gdy próbował przewlec nić przez maleńkie oczko igły. Był pewien, że mu się nie uda. Miał cholerną nadzieję, że nigdy nie przewlecze tej cienkiej nitki przez maleńkie oczko, ale udało mu się już za drugim podejściem. Zawiązał węzeł, by nić nie wyślizgnęła się w trakcie zabiegu. Zabieg. Co za okropne słowo. Pomyślał. Szkoda tylko że tak trafne.
Gdy wszystko było gotowe sięgnął do apteczki i wyjął z niej wacik i wodę utlenioną. W momencie, gdy mokry wacik dotknął jednej z pięciu ran, Kot wzdrygnął się i syknął cicho. Przez chwilę wydawał się wahać, czy nie zmienić zdania, ale szybko wróciła poprzednia ponura determinacja, znacząca, że jednak nie ma odwrotu
   Rozorane ramię samo z siebie paliło żywym ogniem, a przy najlżejszym dotyku, bądź ruchu, eksplodowało bólem ze zdwojoną siłą. Gorzkie liście nie pomagały za wiele, ale i tak był wdzięczny, że je dostał. Adrien wiedział, że proces zszywania będzie nieprzyjemny, nie spodziewał się tylko, że będzie miał dość jeszcze zanim igła pójdzie w ruch. Z trudem zacisnął zęby i pozwolił Mistrzowi Fu robić swoje, jednocześnie przeklinając w duchu swoją słabość. 
A miało być tylko gorzej.
   W małym pokoiku, umeblowanym w stylu dalekiego wschodu, starzec i bohaterka planowali dalsze posunięcia. Drugi z paryskich herosów leżał na cienkiej macie kilka metrów dalej. Maść z mandragory ukoiła ból rozrywający jego prawy bark, a on sam, zmęczony walką i późniejszym para-chirurgicznym zabiegiem zszywania jego ramienia, zasnął od razu, gdy położył się na lewym boku. Jego smukłe ciało to unosiło się, to opadało, w rytm oddechu, a on sam czasami wydawał z siebie chrapnięcie, które brzmiało trochę jak mruczenie.
Marinette siedziała ze skrzyżowanymi nogami opierając głowę na obu rękach i z trudem nie wpadała w objęcia Morfeusza. Musiała namówić Mistrza Fu, by zgodził się pożyczyć jej miracula lisa, żółwia i pszczoły, żeby mieli jakiekolwiek szanse w walce ze Scorpiusem. 
-Kategorycznie odmawiam!- Chociaż Strażnik próbował schować swoje prawdziwe emocje za udawanym oburzeniem, Marinette szybko je rozpoznała. On się boi. Pomyślała. Nie. On jest przerażony. Wie, co tu się dzieje i jest skrajnie przerażony. 
-Nie możemy tak tego zostawić! Policja nie poradzi sobie z tym czymś! Ludzie mogą zostać ranni, albo nawet...- Ostatnie słowo nie przeszło jej przez gardło. Nie mogła znieść myśli, że ktoś zginąłby tylko dlatego, że ona, Niesamowita Biedronka, chowała się gdzieś po kontach, zamiast zrobić to, co do niej należało. Nie mogła na to pozwolić.- Proszę, Mistrzu Fu, daj nam szansę. Obiecuję, że będziemy ostrożni. Jestem pewna, że w piątkę
-Nie będę narażał was na takie niebezpieczeństwo!- Z każdym słowem jego głos drżał coraz mocniej. -Jesteście tylko dziećmi! 
-Może i tak.- Ton dziewczyny był pełen spokoju i pewności siebie. Teraz przemawiała Biedronka.-Może i jesteśmy młodzi, ale wiem, że sobie poradzimy. W dniu, kiedy nas wybrałeś, dostrzegłeś w nas coś więcej, niż parę nastolatków i proszę o to, abyś znów spróbował to zobaczyć. Mierzyliśmy się z wieloma przeciwnikami i chociaż czasem było ciężko, dobro zawsze zwyciężało zło. Tak samo będzie tym razem- jestem tego pewna.- Fiołkowe oczy młodej bohaterki były pełne nadziei i determinacji. Fu zrozumiał, że dziewczyna nie prosi go o pozwolenie na kolejne starcie z akumą. Nieważne, czy zgodzi się dać jej miracula, czy nie, ona i tak stanie do walki. Czemu ona musi być taka uparta? Odpowiedź sama się nasunęła. Upór w podążaniem za głosem serca to jedna z cech, które skłoniły go do wybrania jej na Biedronkę. Pomimo strachu trzymającego jego serce w lodowatym uścisku, uśmiechnął się lekko. 
-Jesteś prawdziwą bohaterką, Marinette Dupain-Cheng. Zgoda. Pozwolę ci zabrać miracula, ale musisz mi obiecać, że jeśli zrobi się naprawdę groźnie, uciekniecie. Nie pozwólcie temu potworowi was zranić.- Zmęczoną twarz dziewczyny rozpromienił uśmiech. 
-Dziękuję, Mistrzu! Obiecuję, że się nie zawiedziesz!- Zerwała się na równe nogi i już miała wybiec z niewielkiego mieszkania, gdy przypomniała sobie o dość ważnym przedmiocie, czy raczej przedmiotach, których koniec końców nie zabrała.- Czy mogę?- Starzec z trudem wstał, czując jak reumatyzm bezlitośnie wbija zęby w jego biodro i plecy. Poczłapał od zamaskowanej pod postacią gramofonu szkatułki i otworzył ją. Wyjął z niej pomarańczowy naszyjnik i złoty grzebyk, po czym zdjął z nadgarstka bransoletę z przypominającym skorupę żółwia kamieniem i z niepewnym uśmiechem podał je dziewczynie.
-Bądźcie ostrożni.- Biedronka pokiwała energicznie głową i skierowała się do wyjścia. W połowie drogi znów się zatrzymała i spojrzała z niepokojem na Czarnego Kota leżącego w bezruchu na lewym boku. Jego prawe ramię było owinięte bandażem, który miejscami nabrał czerwonego koloru. Widząc jej minę, Fu uśmiechnął się szerzej.-Spokojnie, zaopiekuję się nim.- Bohaterka popatrzała na Strażnika i na jej twarzy znów zagościł uśmiech. Opuściła niewielkie mieszkanie i przy użyciu swojego magicznego joja, dotarła do swojego domu. Padała z nóg i jeśli chciała mieć jakiekolwiek szanse w walce ze Scorpiusem, potrzebowała nie tylko pomocy innych superbohaterów, ale też kilku godzin snu.
   Fu został sam na sam z rannym modelem i świadomością, że demony przeszłości, a w szczególności jeden, złotooki, w końcu go odnalazły. W ciszy pustego mieszkania każdy trzask stawał się Jego krokiem, a każdy szmer, aksamitnym szeptem. Fu nie mógł uwierzyć, że to działo się na prawdę. Świat, który ludzkość zdecydowała się zapomnieć. Świat magii, potęgi, starożytności i bestii. Potworne lustrzane odbicie, które od naszego oddziela jedynie cienka bariera ludzkiej nieświadomości. Świat dwóch Braci. Spojrzał na szkatułkę skrywającą największy skarb, jaki został ofiarowany ludzkości. Bardziej do siebie, niż do nieprzytomnego Adriena, powiedział
-Muszę gdzieś zadzwonić.- i z tymi słowy zniknął w pokoju obok.



Niespodzianka! Pod postem ( żeby nie spoilerować) będą pojawiać się okładki/ ilustracje. Czasem mogą się też pojawić ilustracje wewnątrz postów.


Jeszcze jedno: na cyfrowych kartach tego bloga będą często pojawiały się słowa, bądź całe zdania, pochodzące z języków znanych niewielu ludziom, a które dopełniają historię. Z tego tytułu pod każdym postem zamieszczę słowniczek w którym będziecie mogli znaleźć znaczenia niezrozumiałych zwrotów.



SŁOWNICZEK

*iuvenis ad lorica necare pro me! (łąc.)- Chłopcze w pancerzu zabij dla mnie!
* pusilla tinea (łac.)- maleńki robaczku
*Hong- Pochodzący z japońskiej mitologii dwugłowy smok utożsamiany z tęczą.
*shǎndiàn (chin.)- błyskawica

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Akt 3: Król Głupców

Ci, którzy nie wyciągają wniosków z przeszłości, są skazani na jej powtarzanie. Stephen King "Mroczna wieża" Czasami prz...